Po 14 latach systematycznej pracy u podstaw na łamach Salonu24, setkach zablokowanych prorosyjskich trolli i przedzieraniu się przez gąszcz pseudo-intelektualnych manipulacji (w tym słynne erystyczne wrzutki typu „Graecum est, non legitur”), przyszedł czas na ostateczne podsumowanie. Przez lata próbowano wmówić Polakom, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do „zwykłego wypadku we mgle spowodowanego błędem pilotów”. Czas, cyfrowe rejestratory oraz twarda fizyka zadziałały jednak jako ostateczny weryfikator.
Łącząc kropki z oficjalnych zapisów parametrycznych, ekspertyz satelitarnych oraz utajnianych ścieżek dźwiękowych, wykładam czarno na białym autorską, spójną rekonstrukcję tamtych wydarzeń. To teoria dwufazowej pułapki, która wyjaśnia każdy techniczny detal, przed którym oficjalne raporty MAK i Komisji Millera musiały uciekać w ordynarne kłamstwa.
Motyw: Geopolityczny wyrok Putina
Fundamentem tej tragedii była Gruzja i rok 2008. Władimir Putin, jako wychowanek KGB, nigdy nie wybacza upokorzeń na arenie międzynarodowej. Słynne przemówienie Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi, które zatrzymało rosyjską ofensywę, wydało na polskiego Prezydenta osobisty wyrok śmierci. Eliminacja polskiej elity miała być demonstracją siły i ostrzeżeniem dla całej Europy Środkowej. Wybór miejsca – Smoleńsk – nie był przypadkowy. Eksterytorialne, zrujnowane lotnisko wojskowe dawało Rosjanom pełną kontrolę nad terenem i materiałem dowodowym.
Faza pierwsza: Radiolokacyjna pułapka w jarze
Plan zamachu pierwotnie opierał się na asymetrycznej prowokacji taktycznej z wykorzystaniem pogody. Zapis w porannych raportach meteo „mgła + silne zadymienie” (FG FU) to twardy dowód na smog inwersyjny, który stał się dla Kremla idealną zasłoną dymną. Bez tej mgły operacja nie mogła się udać.
Zastawiona pułapka była genialna w swojej prostocie: rosyjscy kontrolerzy (Plusnin i Ryżenko), sterowani telefonicznie przez centralę w Twerze (kod „Logika”), celowo podawali polskiej załodze fałszywe komendy „2 na kursie i ścieżce”. Wiedzieli, że Tu-154M znajduje się dramatycznie za nisko. Liczyli na to, że piloci – oszukani ukształtowaniem terenu i głębokim jarem przed progiem pasa (który zafałszował wskazania radiowysokościomierza) – z impetem wbiją się w przeciwległą, stromą skarpę jaru. Wtedy sprawa byłaby czysta: winna pogoda i błąd załogi.
Punkt zwrotny: Sukces pilotów i dowód z rejestratora ATM-QAR
Ten plan jednak się nie powiódł. Kapitan Arkadiusz Protasiuk wykazał się genialnym refleksem i kunsztem pilotażu. W rejonie bliższej NDB zorientował się w pułapce, pociągnął wolant i dał pełny ciąg startowy.
Zanim nastąpił punkt krytyczny, polski rejestrator parametrów lotu (ATM-QAR) oraz czarne skrzynki nie wykazywały absolutnie żadnych anomalii – silniki i hydraulika pracowały wzorowo. Co najważniejsze: dane parametryczne jednoznacznie zarejestrowały, że pionowa prędkość schodzenia (Sink Rate) zmieniła się na dodatnią. To twardy, matematyczny dowód na to, że piloci wykonali poprawny manewr, wyrwali maszynę z jaru i stabilnie wznosili się w czystym powietrzu, osiągając wysokość około 35 metrów. Rosyjska zasadzka radiolokacyjna została przez Polaków rozbita.
Inicjacja w punkcie TAWS#38 i „Flash Fire” w powietrzu
W tym momencie zamachowcy musieli uruchomić fazę awaryjną – niszczącą. Dokładnie w punkcie najwyższego wznoszenia nastąpiło nagłe zamrożenie pamięci amerykańskiego komputera pokładowego, znane jako TAWS#38. W jednej setnej sekundy rejestrator zapisał gwałtowny krach całego systemu zasilania, awarię generatorów i zanik sterowności.
W tym samym ułamku sekundy komputer TAWS rejestruje jeszcze jeden, najbardziej zagadkowy parametr: potężne przeciążenie pionowe skierowane w dół, które wygenerowało w logu oficjalny sygnał „Landing” (Lądowanie) – i to na wysokości 35 metrów w powietrzu! Z punktu widzenia mechaniki konstrukcji lotniczych to inżynieryjny „dymiący pistolet”. Konstrukcja półskorupowa kadłuba działa jak naczynie ciśnieniowe: jej dół (podłoga) jest potężnie wzmocniony wręgami, ale górne poszycie (sufit kabiny) to strukturalnie najsłabszy, najmniej odporny punkt płatowca. Ten pionowy pik przeciążenia dowodzi zastosowania czystej fizyki (trzeciej zasady dynamiki Newtona): albo na grzbiet maszyny uderzyła fala nadciśnienia z góry, albo – co bardziej prawdopodobne – nastąpiło gwałtowne rozerwanie słabego, górnego poszycia od wewnątrz. Siła potężnego wyrzutu gazów i blach w górę wygenerowała natychmiastową, potężną siłę odrzutu w dół, która sprasowała pionowo całą konstrukcję, imitując dla komputera pokładowego moment zderzenia kół z betonem pasa startowego. Żadna brzoza ani przeszkoda terenowa nie jest w stanie wygenerować takiego wektora siły niszczącej w czystym powietrzu.
To destrukcyjne zdarzenie w punkcie TAWS#38 – mające miejsce wysoko w powietrzu, a nie na przeszkodach terenowych – rozszczelniło strukturę płatowca i zbiorniki paliwowe. Uwolniona pod ogromnym ciśnieniem nafta lotnicza wymieszała się z powietrzem, tworząc gigantyczny aerozol. Został on natychmiast zapalony przez potężny strumień gorących gazów wylotowych z silników pracujących na pełnym ciągu startowym. Do gwałtownego zapłonu tej chmury paliwowej (flash fire) doszło jeszcze w locie, na odcinku pomiędzy ulicą Gubienki a ulicą Kutuzowa, co momentalnie sparaliżowało aerodynamikę i osuszyło grunt oraz roślinność z góry.
Fizyka upadku: Ciężki ogon i zderzenie za ulicą Kutuzowa
Pozbawiony sterowności samolot zaczął gwałtownie zwalać się na lewe skrzydło. Maszyna nie wykonała żadnej „beczki smoleńskiej” na plecy – opadła bezwładnie w przechyle wynoszącym około 80 stopni.
Ponieważ załoga do samego końca dramatycznie walczyła o życie, ciągnąc wolant na siebie, nos samolotu był mocno zadarty do góry. Przy tak dużym kącie natarcia, to ciężki tył samolotu – obciążony trzema potężnymi silnikami Sołowiewa – jako pierwszy uderzył z gigantyczną siłą w ziemię zaraz po minięciu ulicy Kutuzowa.
Faza druga: Eksplozje i fałszowanie „wachlarzy”
W trakcie tego katastrofalnego przyziemienia tyłem i bokiem kadłuba, nastąpiły gwałtowne eksplozje wewnątrz konstrukcji. To właśnie one wygenerowały potężną siłę poprzeczną (radialną), która rozrzuciła szczątki na boki, tworząc charakterystyczne geometryczne „wachlarze”, uwiecznione na zdjęciach satelitarnych i opisane w pierwszej, niezależnej ekspertyzie firmy SmallGIS. Gdyby samolot rozpadł się wyłącznie od zwykłego uderzenia o ziemię, szczątki poleciałyby wyłącznie wzdłużnie (do przodu). Poprzeczny, wachlarzowy rozrzut to podręcznikowy dowód na wybuchy.
Właśnie dlatego Komisja Millera dokonała później fałszerstwa, ręcznie wymazując z dokumentów SmallGIS sformułowanie „miejsca wybuchów” i zastępując je zwrotem „miejsca pożarów”. Bali się prawdy, która rozsadzała wersję o brzozie.
Ostatni akord: „Za-a-bi-ja-ją ns!”
Najbardziej przerażający dowód kryje się jednak na samym końcu taśmy rejestratora CVR (czarnej skrzynki dźwiękowej). Przez lata oficjalne stenogramy opisywały końcówkę nagrania jako „krzyk niezrozumiały” lub „hałas silników”. Specjalistyczne odszumienie tego fragmentu ujawnia jednak prawdę, od której włos jeży się na głowie. W ułamku sekundy, gdy uderza fala niszcząca, a systemy TAWS zamarzają w powietrzu, w kokpicie rozbrzmiewa rozpaczliwy, przeciągły krzyk:
„Za-a-bi-ja-ją ns”
Po czym zapis urywa się bezpowrotnie.
Wnioski
Rosyjska maskirowka była operacją totalną. Najpierw próbowano zabić ich po cichu, fałszywym naprowadzaniem we mgle nad jarem. Gdy piloci wyrwali się z pułapki i zaczęli się wznosić (co potwierdza ATM-QAR), użyto rozwiązań technicznych w punkcie TAWS#38, które zainicjowały wybuch aerozolu i zniszczyły konstrukcję w powietrzu między Gubienki a Kutuzowa, sprowadzając maszynę na ogon za ulicą Kutuzowa.
Na koniec uruchomiono gigantyczną machinę dezinformacji w sieci – trolle celowo surowały historie o „dwóch samolotach” czy „mordzie w hangarze na Okęciu”, aby merytoryczne argumenty o kłamstwach wieży, parametrach wznoszenia, SmallGIS i geometrycznym rozrzucie szczątków utopić w bagnie teorii spiskowych i ośmieszyć przed światem.
Nie dałem się wciągnąć w te pułapki. Prezentuję państwu pełen, czysty i oparty na fizyce oraz cyfrowych zapisach obraz tej zbrodni. Prawda przetrwała próbę czasu – mimo wysiłków całej armii internetowych sługusów Kremla.
Poza tym - tutaj ukłon w kierunku wyborców obecnie rządzących - czy widząc co dziś wyprawia Putin, tak trudno uwierzyć w zamach?


Komentarze
Pokaż komentarze (16)