Postanowiłem napisać notkę o polityce, niestety jak zaczynam o niej myśleć zaraz widzę jak spocony Moneta w tej swojej kanciapie odczytuje telegramy z centrali i mi się odechciewa. Parę dni temu napisałem króciutkie opinie o paru filmach. Jednym z nich był Poradnik pozytywnego myślenia, świetnie przyjęty przez krytykę, przez publikę również, Akademia odtwórczynię głównej roli nagrodziła Oskarem. Niestety mnie film się nie spodobał, mało tego uznałem go za słaby, czy wręcz bardzo słaby.
Jak czasem ktoś mi coś na blogach radzi to zwykle zamykam się w sobie i ni ..., z rady nie korzystam. Taki defekt. Jestem za stary żeby to leczyć, muszę z tym żyć. Jednak tym razem na moją niecelną opinie zwrócił uwagę człowiek którego szanuję i uważam za sporo mądrzejszego od siebie. A ponieważ od czasu jak moja babcia powiedziała żebym nie wkładał gwoździ do gniazdka staram się nie ignorować opinii mądrzejszych postanowiłem zatrzymać się i zastanowić. Krzysztof Osiejuk w komentarzu zwrócił mi uwagę, że błądzę. Napisał następująco „Jak idzie o film, który Ci się tak bardzo nie spodobał, on jest znacznie bardziej, że tak powiem, rozległy, niż ma to miejsce w wypadku przestrzeni zajmowanej przez tych dwoje. Widziałeś, więc z pewnością wiesz.”
Opinia podobnie jak Krzysztof Osiejuk jest delikatna i na poziomie choć oczywiście jest równoznaczna kopniakowi w krocze, poprawieniu kolanem, wytytłaniu w psim g..nie i wykrzyczeniu w twarz „dotarło, dotarło!!” Tak więc sprawa jest poważna. Tym poważniejsza, że znikąd nie mam wsparcia. Szukałem recenzji którymi mógłbym się podeprzeć, jakiegoś krytycznego artykułu, czegokolwiek i nic. Zostałem jak ten legionista którego jacyś barbarzyńcy zostawiają żywego żeby opowiedział swoim o straszliwej klęsce. Co gorsza legionista miał tych swoich a ja stoję sam jak ten palec. Tylko wiatr rozwiewa mi włosy… Żartuję. Jakie włosy?
Zacznę od początku. Urodziłem się w małym, ślicznym miasteczku, naprawdę ślicznym. Tak ślicznym jak śliczne może być jedynie miejsce w którym spędzamy szczęśliwe dzieciństwo. Gdzie każdy kąt, górka, brama i drzewo jest jak ocean i majestatyczne góry razem wzięte. Bohater Ppm wraca w takie miejsce po pobycie w szpitalu psychiatrycznym. Mniejsza o to co było przyczyną pobytu bo nie o to tu chodzi. Wraca więc i próbuje się odnaleźć. Bo się zagubił. Rodzinę ma oczywiście jak to w naszych czasach dysfunkcyjną, ojciec na przykład ma nerwicę natręctw, dość zabawną co nie jest prawdziwe, bo znam osobę cierpiącą na taka nerwicę i wierzcie mi to nie jest zabawne, to jest straszne. Matka w recenzjach opisywana jest jako jedyna normalna w tym filmie z czym się całkowicie nie zgadzam. Właśnie ona jest z nich wszystkich najgorsza. Jest jak ta matka w bujanym fotelu z Psychozy. Wiem, wiem, że to był Perkins, ale gdyby to jednak matka mordowała te wszystkie kobiety to by była jak matka Bradleya.
I ten nasz Bradley wraca do raju który jest oczywiście kolejnym kręgiem piekieł, biega w worku na śmieci i dostaje szału czytając Hemingwaya. Krótko mówiąc nie panuje nad agresją. I do tego ma zakaz zbliżania się do żony na mniej niż 150 m. A chce się zbliżyć (nie w biblijnym znaczeniu) by dostarczyć list. Oczywiście nie jest na tyle szalony by ten zakaz złamać, to w końcu Ameryka. Spotyka kobietę która ma również psychiczne problemy, a która ma ten list dostarczyć. Jak można się domyślić w końcu Bradley dostrzega, gdzie jest szczęście i odchodzą trzymając się za ręce. Do tego prowadzi pozytywne myślenie. Oczywiście łatwo jest w sarkastyczny sposób opisać fabułę i nawet z Jądra ciemności zrobić kuplet dla lemingów, więc kończę z żartami. Teraz będzie na poważnie. Mocno się skupiłem i zastanowiłem nad filmem. Czy wszyscy mogą się mylić? Czy Akademia się myli? Czy recenzenci się mylą? Oczywiście nie. Czy więc jest to słaby film? Oczywiście tak. Czy oba te zdania mogą być równocześnie prawdziwe. Oczywiście tak.
Ten film jest taki jak nasze czasy, prosty jak przepis na makdonaldowego czisburgera, przekładaniec fajnych i zrozumiałych rzeczy dających niebo w gębie. Nasi bohaterowie nie cierpią na depresje kisząc się w barłogu w przepoconych, cuchnących szmatach. Nie zapominają o higienie, dentyście i goleniu nóg, są piękni i wysportowani. Ich kłopoty są zrozumiałe. Jemu puściła się żona, ona straciła męża. Nie jakieś bezkształtne przyczyny depresji gdy człowiek nawet nie wie dlaczego budzi się w nocy dygocząc i umierając po raz setny na zawał. Nie mają lęków ani społecznej fobii. Są jak celebryci z pierwszej strony Faktu „Fąfalińska przyznaje – mam depresję wegetatywną, przepłakałam cały pobyt na Seszelach”. Wreszcie co jest największym fałszem, chcą się zmienić. Typowo amerykańskie, tylko, że całkowicie nieprawdziwe. Bo gdy wpadnie się w psychiczną studnię bez dna, jedyne co nas interesuje to szum powietrza w uszach. Nic więcej.
Przestrzeń filmu wyznaczają granice poradników z cyklu „jak się zmienić…” albo „odnaleźć siebie..”, prawdziwe jak skórzana kozetka doktora Silbersteina w jego gabinecie w Malibu.
To jest dobry film którym można się uraczyć na spotkaniu towarzyskim, pośmiać się i wzruszyć. Można nawet wspomnieć, że samemu brało się Xanax i jak nam to pomogło. Albo opowiedzieć o tej nowej książce co to ją recenzowała w TVN córka tego z Polityki, nie, nie, córka tej od Małgośki.
Nie jest słabością filmu jego fałsz, bo w końcu to tylko film. Jego słabością jest to, że na poważnie udaje opowieść o prawdziwym życiu i prawdziwych ludziach. Jennifer i Bradley są tak samo autentyczni jak jakiś hollywoodzki aktor grający polskiego pijaka. Albo de Niro udający gościa z nerwicą natręctw. Recenzje wskazują na to, że wielu ludzi traktuje go jak kawał prawdziwego życia. A prawda jest gdzie indziej i nie chcielibyście jej oglądać.
Ppm jest niczym leczenie kamieniami szlachetnymi albo konchowanie uszu. Są ludzie którym to pomaga nie dlatego, że jest skuteczne, ale dlatego, że chcą uwierzyć.
Dlaczego napisałem o moim ślicznym miasteczku? Bo to jest znacznie bardziej pozytywne od całego tego hollywoodzkiego zgiełku i do tego moja historia jest prawdziwa.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)