Ktoś z komentujących jedną z moich notek zauważył, że więcej wskazówek na inscenizację katastrofy smoleńskiej mógłby dostarczyć doświadczony scenograf teatralny czy filmowy. Gdyż nierzeczywistość miejsca rzekomego zdarzenia jest uderzająca. Tylko trudno nam to intuicyjne wrażenie podeprzeć jakimiś konkretami. Z kolei nieoceniony bloger BIALKOWSKI napisał coś takiego:
@JERZY KORYTKO
To przypomniało mi o dawno temu rozpatrywanej kwestii – jak ustawiono wrak na miejscu rzekomego zdarzenia. O zdjęciach, które całą rzecz praktycznie zdemaskowały. Tylko nikt tego nie chciał potraktować poważnie. Dziś cała sprawa w świetle dowodów na inscenizację katastrofy, które przedstawiłem w poprzedniej (link) notce – nabiera zupełnie innego znaczenia. Umożliwiło to przede wszystkim fundamentalne odkrycie prof. Cieszewskiego. Ale i takie drobne szczegóły mają też swoje znaczenie. Oto te zdjęcia:

i zbliżenie:

Co można z tego wywnioskować? W zasadzie Bialkowski wyjaśnił wszystko – zadbano o to, by „rekwizyt” robił odpowiednio groźne wrażenie. Bez podpórek - "stać" w tej pozycji wrak widocznie nie chciał. Wobec tego odpowiednio go podparto, drzew wycięto wokół dosyć, materiał był. Wszystko po to, by sterczące do góry koła podziałały na naszą wyobraźnię. I podziałały - tak dalece, że do tej pory wielu z nas nie chce nawet na moment dopuścić myśli, że przebieg „katastrofy smoleńskiej” mógł wyglądać inaczej niż to zapisano w oficjalnych raportach.
Ale to przecież kolejne dowody inscenizacji. Ile już jest ich łącznie? I ciągle odnajduję nowe... Najwyższy czas sobie to uzmysłowić, wziąć pod uwagę... Pora ostatecznie odrzucić zakłamane rosyjskie "kwity".
Cdn.


