0 obserwujących
49 notek
56k odsłon
  142   0

Jest sobie kraj

Jest sobie taki kraj, gdzie kandydaci na prezydenta są akceptowani przez ośrodek, który można określić mianem „centralnego ośrodka dyspozycji politycznej”, podobnie zresztą jak kandydaci do parlamentu. Kraj ten Iran się nazywa. W przeciągu ostatniego roku sporo było na jego temat w mediach, zwłaszcza w kontekście rozpędzanych i ostrzeliwanych demonstracji irańskich obywateli, mających czelność kwestionować decyzje swojego rodzimego „centralnego ośrodka dyspozycji politycznej” zwanego Radą Strażników Rewolucji.

Ambicję stworzenia Rady Strażników w wersji europejskiej ma Jarosław Kaczyński, bo nie łudźmy się, że „Raport o stanie Rzeczypospolitej” w jakikolwiek sposób wykracza poza ramy myśli politycznej prezesa PiS. Okazuje się, iż Parlament, Rząd, Prezydent, samorządy, sądownictwo, organizacje społeczne są niedostatecznie odporne na „politykę transakcyjną” i dlatego wymagają przewodniej linii, światełka, które będzie ich prowadziło we właściwym kierunku. W ten sposób człowiek przez niektóre środowiska okrzyknięty politycznym geniuszem wieku dwudziestego pierwszego udowadnia, że jest żałośnie nie przystosowany do realiów demokracji i współczesnej rzeczywistości. Najwyraźniej nie rozumie on znaczenia pojęć takich jak „wolność” czy „różnica poglądów”. Jest to niepokojące, zwłaszcza, że dysponuje on licznym otoczeniem.

Czymże jest ta „polityka transakcyjna”? Miałyby to być działania sprowadzające się do swego rodzaju transakcji między ośrodkiem władzy (lub jego częściami) a poszczególnymi grupami nacisku. Jej efektem ma być zastępowanie celów dotyczących zbiorowości celami partykularnymi. Celem nadrzędnym „CODP” jest rezygnacja z „polityki transakcyjnej” na rzecz realizacji celów dotyczących zbiorowości. Ale co istotniejsze „CODP” miało by być grupą ludzi, którzy w danych warunkach historycznym będą ostatecznie podejmować najważniejsze decyzje w państwie. Nie sejm, nie senat, rząd czy prezydent, ale grupa ludzi.

Wbrew pozorom nie jest to coś nowego. Nowością jest byt określany mianem „centralnego ośrodka dyspozycji politycznej”, niemniej byli już tacy, którzy chcieli pozbawić najwyższe polityczne kierownictwo wpływu tłumu, sterowania przez większość, tak by zabezpieczyć władzę jednostki otoczonej doradcami, czy też, jak w tym przypadku, władzę grupy ludzi, bo przecież nawet dyktator musi z kimś współpracować. Interesujące jest tylko, że ugrupowanie polityczne snujące teorie o stoliczku, układzie, szarej sieci chce powołać ośrodek władzy politycznej poza demokratyczną kontrolą, decydujący o celach dotyczących zbiorowości. O tym, kto będzie stanowił co jest celem dotyczącym zbiorowości, a co elementem „polityki transakcyjnej” nie ma ani słowa. Zresztą – jakie to ma znaczenie, skoro będzie o tym decydować z definicji odporna na „politykę transakcyjną” grupa ludzi? Skoro tak, to każda ich decyzja z definicji będzie służyła celom dotyczącym zbiorowości. A jeśliby ktoś uważał inaczej to...

Warto też wspomnieć o mediach i stosunku do nich PiS. Wedle słów Prezesa PiS powinien mieć własne media. To też nic nowego – nie pierwszy raz w polityce pojawia się teza, że media muszą być odzyskane dla „nas”. W latach swych rządów miał ambicje powołania Narodowego Ośrodka Monitorowania Mediów, a wszystko po to by każdy obywatel wiedział kto finansuje media, skąd się wywodzą dziennikarze, jakie są ich życiorysy. Tłumaczyłoby to zachowanie dziennikarza bo oczywistą oczywistością jest, że np. ojciec z AK, który otrzymał od komunistów mieszkanie na Żoliborzu i który prowadził wykłady komunistycznym aparatczykom musiał mieć wpływ na wychowanie swego syna, i to niekoniecznie właściwy, czego efektem jest permanentny krytycyzm wszystkiego co nasze, Polskie. Wszystko w oczywistej trosce o zachowanie obiektywizmu wobec opozycji lub rządu (w zależności od tego w której roli akurat jest PiS). Ale może jednak, zamiast tego, pójść na całość i nakazać by tylko Polacy byli wydawcami, wprowadzić specjalne zgody dla niepolskich wydawców, zakazać finansowania mediów przez nie Polaków? Przecież i takie pomysły historia zna. Tylko gdzie by się wtedy podział redaktor Warzecha?

Mamy wiek dwudziesty pierwszy, jest 11 kwietnia 2011 roku, dzień po pierwszej rocznicy katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, po całodziennych, kilkutysięcznych demonstracjach, po ustawce w wykonaniu posłów PiS przedzierających się przez barierki by udowodnić tłumowi głoszone tezy programowe, po bredniach przeczytanych na jakimś forum, iż „tutek” wylądował, ale został wysadzony a pasażerowie wymordowani. Ale przede wszystkim dzień po tym jak brat nie znalazł czasu by na grobie brata położyć wieniec, ale znalazł czas na polityczne, ksenofobiczne przemowy.

„Raport o stanie Rzeczypospolitej” jest wyrazem pewnego stanu jego autorów. Stanu znanego od wielu lat, sprzed czasu IVRP z jej odnową moralną pod wspólnym szyldem Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha. Stanowi dowód, iż ekipa znana pod nazwą PiS absolutnie nic się nie zmieniła, nie ma zamiary się zmienić i jest niebezpieczna. Kolejna „cudowna” przemiana prezesa będzie niczym więcej, jak kolejną wyborczą ściemą pod „ciemnego luda” służącą li tylko sięgnięciu po władzę by wprowadzić w życie „centralny ośrodek dyspozycji politycznej” by już przypadkowy, ciemny lud nie mieszał szyków grupie pod przewodnictwem człowieka przekonanego, iż czyni to w imię najlepiej pojętego celu dotyczącego zbiorowości. A jeśli zbiorowość ma inne zdanie w tej kwestii, to tym gorzej dla niej. Wczorajsze wydarzenia z Krakowskiego Przedmieścia pozwoliły się policzyć zbiorowości. Tej „właściwej”. Teraz, a zwłaszcza na jesieni przy urnie, musi się policzyć ta co stoi tam gdzie ZOMO.

Zapraszam na mój blog: Honor Habet Onus.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale