0 obserwujących
2 notki
1818 odsłon
1504 odsłony

Fakty i mity

Wykop Skomentuj4

Poniższy tekst został wygłoszony na uroczystym spotkaniu z okazji 25-lecia powstania Kongresu Polaków w Konsulacie Generalnym RP w Ostrawie w dniu 3 marca 2015 r.

Wiosną 1988 roku przyjechał był do mnie przyjaciel Zbyszek z Krakowa z kilkuletnim synem Rochem. Mieszkałem wtedy w Trzyńcu, siedzieliśmy przy śniadaniu w kuchni z widokiem na hutę. W pewnym momencie mały Roch zapytał: – Tato, kiedy te kominy przestaną dymić? – Jak komuna padnie, synku – odrzekł Zbyszek. Oczywiście dalsza rozmowa między nami podążyła tym tropem: kiedy ta komuna wreszcie padnie? Poszliśmy nawet o zakład, czy zdarzy się to przed rokiem 2000. Ten zakład przegrałem, o czym przekonałem się już po roku, kiedy 4 czerwca odbyły się w Polsce w miarę wolne wybory. Natomiast w ówczesnej Czechosłowacji rzeczywistość sprawiała wrażenie zamarzniętej skorupy. Zwłaszcza na prowincji, czyli poza Pragą praktycznie wszędzie.

Na Zaolziu nie było dysydentów. Nie było planów rozbicia systemu. W czasie festiwalu Solidarności Polacy na Zaolziu dostali propagandowym obuchem w łeb na tyle mocno, że zaczęli się wyrzekać nawet jednej z najważniejszych cnót – dumy narodowej. W kioskach przestała się pojawiać prasa polska. Lata osiemdziesiąte to apogeum odchodzenia od polskości na własne życzenie. To dla wielu ostateczne opowiedzenie się za mentalnością czeską i jej bezbolesne przejęcie. Ta nowo odkryta tożsamość narodowa nagrodzona została wkrótce znaczącym bonusem w postaci Aksamitnej rewolucji, jak nazwano przewrót listopadowy. Bez ofiar, bez strajków, bez stanu wojennego, bez wichrzycieli i elementów aspołecznych, bez octu na półkach sklepowych – tak naród dzielnych Wacławów dochrapał się wolności i upadku komuny. Warto było być współdumnym z takiego narodu.

Moja droga do listopada ’89 rozpoczęła się kilkanaście lat wcześniej. We wrześniu 1976 roku zamieszkałem w Domu Studenckim „Żaczek“ na krakowskich Oleandrach. Trafiłem w sam środek towarzystwa, które bardzo żywo reagowało na to, co działo się aktualnie w Polsce. Gierkowski raj dobrobytu zaczął się chwiać, pojawiły się kartki na cukier a w czerwcu władze brutalnie spacyfikowały strajki w Radomiu, Ursusie i Płocku. 27 września powstał Komitet Obrony Robotników. Równolegle ze studiami na Uniwersytecie Jagiellońskim rozpocząłem swoją edukację na uniwerku politycznym.

W maju następnego roku Służba Bezpieczeństwa zamordowała jednego z moich kolegów, Staszka Pyjasa. Kilka dni po jego śmierci pod murami Wawelu powołaliśmy do życia Studencki Komitet Solidarności. Oczywiście w krótkim czasie znalazłem się na czarnej liście czeskiej StB jako wróg ustroju nr 21505. Ale o tym fakcie dowiedziałem się oficjalnie dopiero po udostępnieniu akt StB na początku lat ’90. Dzięki Bogu, udało mi się skończyć studia, co zawdzięczam chyba temu, że czeska bezpieka nie posiadała dowodów na moją wrażą działalność na terenie Republiki. Jednakże po moim powrocie na Zaolzie „zaopiekowała się“ mną bardzo troskliwie. Dzisiaj wiem, że bez tych lat krakowskich, bez moich fantastycznych przyjaciół i kolegów, którzy mieli odwagę przeciwstawić się systemowi, bez niepodległego ducha polskiego – bez tego wszystkiego stałbym się innym człowiekiem. To doświadczenie owej Polski Niepokornej ukształtowało moje postawy życiowe.

Jak już wspomniałem, na Zaolziu nie było dysydentów i ja również się za takiego nie uważałem. To oczywiście nie oznacza, że nie było osób nastawionych antysystemowo. Wszyscy wiemy, że było nas mnóstwo, ale nie umieliśmy, czy też nie chcieliśmy przekroczyć tego progu decyzyjnego, by się w jakiś sposób zorganizować. Nie było w naszych sercach i głowach wydarzeń na skalę poznańskiego Czerwca 1956 r., Grudnia 1970, wreszcie Solidarności i stanu wojennego. To wszystko działo się tam, daleko, gdzieś w Polsce. W tej Polsce, której cząstką wydawaliśmy się być, ale do której droga wiodła przez zamknięte granice. Tu powtórzę raz jeszcze: granice także w znacznej mierze mentalnościowe.

Kiedy przyszedł Listopad, byliśmy naiwni i szczerzy w swoich intencjach. Nasza naiwność brała się z przekonania, że oto gdy nadeszły dni wolności obywatelskiej, wszyscy będą mieli dobre intencje. Bo przecież właśnie po to pękła obmierzła skorupa kłamstwa i przemocy. Weźmiemy sprawy w swoje ręce, nieskalane współpracą z komuną i bezpieką. Byliśmi bielszymi niż śnieg świeżo ochrzczonymi demokratami. Tak właśnie myślałem, kiedy zwoływałem pierwsze spotkanie grupy inicjatywnej w Klubie PZKO przy ulicy Bożka w Czeskim Cieszynie. Ale rzeczywistość to panna przewrotna. Wkrótce miało się okazać, że kłopoty się nie skończyły, tylko właśnie pukają do drzwi.

Ogólny cel naszych działań był jednoznaczny: uformowanie demokratycznego, opartego na zasadzie pluralizmu ciała mogącego reprezentować na każdym szczeblu i strzegącego praw polskiej społeczności w Republice Czeskiej. Wkrótce zaczęły odradzać się przedwojenne organizacje, zaczęły powstawać nowe, zatem nasz plan był jak najbardziej na czasie. Wtedy właśnie padły pierwsze strzały w wojence, która trwa do dziś. Wypowiedzieli ją stronnictwu późniejszej Rady, a potem Kongresu Polaków, ówcześni działacze ZG PZKO, wybrani już według nowego, „demokratycznego“ obrządku.

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale