Wpis pod takim tytułem miał się na łamach "Patelni" ukazać w "sezonie ogórkowym", w samym środku wakacji. Jutro jednak Trybunał Konstytucyjny (sic!) rozsądzać będzie konstytucyjność ustawy o "rodzinnych ogródkach działkowych". Dwa wnioski w tej sprawie złożył prof. Gardocki, były były prezes Sądu Najwyższego. Pierwszy dotyczy zgodności z Konstytucją całej ustawy, drugi (w razie odrzucenia pierwszego wniosku) już poszczególnych przepisów. Jeśli Trybunał wyda orzeczenie o niezgodności tej ustawy czeka nas w zasadzie koniec ROD-ów.
Nareszcie!
Od dawna jestem wielkim przeciwnikiem istnienia tego dziwnego tworu, wręcz nowotworu na polskich miastach. Wystarczy przypomnieć sobie ostatnią drogę, jaką pokonaliśmy po ulicach Warszawy. Obrazek, kiedy Trasę Łazienkowską spowija dym z palonych liści jest bezcenny...
Wczoraj w programach informacyjnych pojawiała się informacja, że w samej tylko Warszawie Ogródki zajmują ponad 1000ha - to tyle, ile powierzchnia Pragi Północ! Bez względu na te dane wystarczy spojrzeć na zdjęcia satelitarne by przekonać się, jak wielkie terytorium okupuje w Stolicy Polski Związek Działkowców:
A to tylko wycinek z całej Warszawy w dodatku mniejsze RODy zostały przeze mnie pominięte a o nie jednym nawet nie mam pojęcia.
Na czym polega problem z Rodzinnymi Ogródkami Działkowymi? Przecież fajnie posiedzieć na grillu nie wyjeżdżając z miasta. Poza tym nie jedna nasza Babcia i Dziadek a nawet i Rodzice weekendy spędzają na "działkach". To przecież alternatywa dla drogich "działek" podwarszawskich. W dodatku nie trzeba mieć samochodu - wystarczy podjechać autobusem. A dla niektórych ludzi na emeryturze to jedyne źródło rozrywki, pasja.
Wszystko to prawda. Chodzi jednak o kilka zasadniczych dla funkcjonowania miasta spraw.
Po pierwsze geneza tych terenów. W PRLu ROD-y (wówczas "R" w nazwie oznaczało "Robotnicze") stworzono by dać "klasie robotniczej" jakieś hobby, zagospodarować wolny czas, zaangażować w socjalistyczną pracę u podstaw. A przede wszystkim by dać alternatywę dla prawdziwej turystyki. PRLowski robotnik nie mógł wyjechać do Egiptu na wakacje. Ani go nie było stać, ani Władza Ludowa nie życzyła sobie, żeby im "ich" robotnik jeździł po świecie. Nie daj Marksie by się jeszcze za bardzo uświadomił i dowiedział, że nawet w Egipcie może być lepiej. A gdy nadszedł gierkowski kryzys i rządy Pana w Okularach kryzys gospodarki niedoboru spowodował, że Władza upatrywała w ROD-ach realnego uzupełnienia choć podstawowych niedoborów. Chodziło o to by przeciętny Kowalski miał świeże pomidorki, truskawki, ogórki a nawet ziemniaki. I pod tym względem ROD-y działały świetnie nawet w latach 90tych. Nie jednej rodzinie pozwoliły przetrwać w jako takich warunkach trudy transformacji.
Czym są jednak ROD-y dzisiaj? Teraz właśnie jest najlepszy czas by o to zapytać. Odpowiedź moim zdaniem jest jedna: ROD-y są rakiem na polskich miastach a zarządzający nimi Związek organizacją w czystej postaci kontynuującą tradycje zamierzchłego systemu. Mało osób zdaje sobie sprawę, jak naprawdę zarządzane są ROD-y, które zapewne większości z nas kojarzą się z kartonowymi budkami otoczonymi kiściami pomidorów czy też pięknymi kwiatami. Co poniektóre to prawdziwe rezydencje, drewniane domki z wystrzyżonymi trawniczkami. Otóż żaden Działkowiec, żadna nasza Babcia, Dziadek, Mama czy Tata nie są właścicielami swojej "działki". Właściciela w zasadzie nie ma. Niby jest nią Państwo, konkretnie władze samorządowe a więc gminy. Panem i władcą tego interesu jest jednak Związek. To on może dawać i zabierać, to Związek żyje z prawdziwych działkowców. To pierwsza z nici, które trzeba przerwać.
Druga sprawa to położenie ROD-ów. Po mapce widać, że są to nie tylko tereny rozległe, ale i doskonale położone choćby pod względem komunikacyjnym. Między innymi przez to, że istnieją ROD-y Warszawa rozwija się jak dzikie pnącze, szukając wolnych przestrzeni. To dlatego mieszkańcy nowych osiedli na Białołęce korzystają z szamb a połączenia wodociągowe i tym samym ciśnienie w kranach to czysta prowizorka. Tym czasem na Mokotowie, Bemowie istnieją olbrzymie i uzbrojone (w zasięgu podstawowych miejskich mediów) rejony, które służą bądź co bądź garstce warszawiaków. W dodatku mają nieuregulowaną własność. Działkowcy nie płacą też od nich podatków od nieruchomości.
Warszawa, ale i Kraków, Gdańsk, Poznań, Wrocław i każde większe miasto w Polsce na istnieniu Rodzinnych Ogródków Działkowych traci. Traci pieniądze z podatków, traci możliwość rozwoju. W XXI wieku miasta w Polsce udają, jakby znaczna ich część była niedostępnymi bagnami. Pora z tym skończyć i mówiąc brutalnie osuszyć te bagna. Zróbmy to jednak w sposób cywilizowany. Najlepiej uwłaszczając samych Działkowców. Niech nasze Babcie zdecydują, czy wolą altankę na Mokotowie czy tysiące złotych od inwestorów.
***
Artykuł ukazał się również na warszawskim blogu "Warszawa na patelni":
Autor jest historykiem i warszawskim przewodnikiem:



Komentarze
Pokaż komentarze (39)