Autorstwa Paweł Grzywocz - Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2322581
Autorstwa Paweł Grzywocz - Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2322581
K.Blinka K.Blinka
749
BLOG

Drogowe święte krowy

K.Blinka K.Blinka Socjologia Obserwuj temat Obserwuj notkę 37

Lewica zawsze staje po stronie słabszych. Kto żył w PRL, ten ma jeszcze w pamięci opiekę jaką komuniści otaczali uciskane mniejszości. Proletariat był przez marksistów hołubiony w uchwałach i dokumentach KC, sejmu, poezji, prozie, filmie. Kiedy jednak rzeczywistość robolom nie chciała się wpisać w oficjalną propagandę władzy, bo półki w sklepie puste, a robota spawaczy w zęzach budowanych statków i górników w wydrążonych korytarzach kopalń przypominała pracę żywcem wyjętą z literatury XIX wieku, wkurwiona przewodnia siła narodu wychodziła na ulicę. Wtedy obrażona władza, która dzień wcześniej różnym Pstrowskim wieszała ordery, waliła do nich z kałacha.

Gdy proletariat na Zachodzie wypiął się na komunistów, bo kapitalizm wywindował robotników na poziom niedostępny dla ich odpowiedników z komunistycznego raju, marksiści poszukali sobie nowych mniejszości, dzięki którym mogliby przejąć władzę. Wachlarz był szeroki i chwilowo wybrali mniejszości rasowe (wówczas, tj. na przełomie XX i XXI w., bo to się obecnie dynamicznie zmienia), seksualne, użytkowników infrastruktury transportowej. Mnie interesują ci ostatni.

Skoro już mowa w tytule o świętych krowach zacznę od świętych krów za kierownicą samochodów. Polski wymiar „sprawiedliwości": jaki jest każden jeden widzi, czyta, wie. Pijany artysta, polityk, dziennikarz lub ich pociechy, osądzani z tego samego artykułu, popełniając wykroczenie lub przestępstwo w ruchu drogowym (jazda po spożyciu) w ostateczności dostaje łagodniejszy wyrok niż Kowalski lub Nowak. Sądy z reguły kuriozalnie uzasadniają swoje wyroki. Nie patologią sądów i „autorytetow” jednak chcę się zająć.

W uproszczeniu, użytkowników dróg można podzielić na bogatszych – jeżdżących samochodami i biedniejszych, acz bardziej uświadomionych, bo korzystających z rowerów i chodzących pieszo. U zasobniejszych w gotówkę pedalarzy, jak ich uprzejmie nazywają niektórzy internauci, i pieszych z wyboru, świadomość określa byt. Chodzi rzecz jasna o świadomość klimatyczną i prozdrowotną. Ta pierwsza, od czasów nieudanego kandydata na prezydenta Ala Gore’a (idioty klasy premium, który twierdził, że w Polsce dzieci zabierane są do kopalń, żeby mogły pooddychać czystym powietrzem), podniesiona została do rangi religii i opatrzona nieznanym w historii nauki pojęciem naukowego konsensusu. Prozdrowotne zalety określonego poziomu wysiłku fizycznego zostały wielokrotnie dowiedzione naukowo, wyniki wielu badań były, jak to w nauce należy robić, replikowane, a wnioski podobne: ruch nam służy.

Wiadomo jednak od zarania ludzkiej cywilizacji, że człowiek ma tendencję do ułatwiania sobie życia, co zresztą stało się motorem rozwoju zachodniej cywilizacji. Większość ludzi zamiast dymać na rowerze woli jechać autem. Zamiast iść do sklepu i dźwigać siaty z zakupami, woli do niego podjechać. Od czego jednak mamy lewicę. Ta obecnie sprawuje władzę w większości krajów na Zachodzie, a i prawica, też jakby ostatnio lewicowa (konserwatyści w Anglii nie mają obecnie wiele wspólnego z Margaret Thatcher, a PiS jest socjalistyczno-etatystyczny i garściami czerpał z budżetu, żeby dogodzić części swojego elektoratu i przy okazji oczywiście sobie). Różne Sorose i Gatesy hojną ręką finansują w wielu krajach pokraki aktywistyczne, co potem odbijają sobie z górką na lewarowaniu w ramach globalnych operacji finansowych (za co ostatecznie płaci budżet, czyli podatnicy) lub wysysają przez swoje fundacje pieniądze publiczne.

W Polsce też toczy się batalia, której pupilami stali się rowerzyści i piesi. Nie będę rozpoczynał dyskusji na ile uzasadnione są decyzje podejmowane w zakresie ochrony ich życia i zdrowia kosztem swobody użytkowania samochodu, bo to do niczego nie prowadzi. Przez kilka lat współpracowałem z kolegami z politechniki, specjalistami od bezpieczeństwa ruchu drogowego i nie będę z siebie robił idioty, zaprzeczając wynikom wielokrotnie powtarzanych przez nich badań na różnych odcinkach dróg. Przy okazji mała uwaga. Psychologów w większości mam za nic. W większości. Są jednak chwalebne przypadki wykorzystywania wiedzy z tej dziedziny nauki do poprawiania naszego, hm… dobrostanu, w tym bezpieczeństwa na drodze. Psychologowie transportu należą do tej właśnie grupy.

O tym, że kierowcy samochodów zachowują się nieroztropnie, jak chamy i bandyci drogowi każdy może się codziennie przekonać osobiście. Portale społecznościowe zawalone są filmikami i zdjęciami, niekiedy drastycznymi, ofiar bezmyślności, głupoty i skurwysyństwa kierowców samochodów osobowych, furgonetek i ciężarówek. Wszystko to prawda. Prawdą jest też to, że pieszy i rowerzysta w kolizji z samochodem wychodzi gorzej niż kierowca i pasażer auta.

To o czym napisałem poniżej jest wynikiem subiektywnych obserwacji, które nie roszczą sobie pretensji do dowodzenia naukowych hipotez. Nie dam więc dowodów na ich istotność statystyczną, ale ich powtarzalność skłania do refleksji nad tym co wypisuje się w mediach społecznościowych, co uchwala w sejmie i przyjmuje w drodze uchwał samorządów. Sprzeciwiam się nieuzasadnionemu nierównemu traktowaniu różnych użytkowników dróg i prób obwiniania a’priori kierowców za każdy spowodowany wypadek, których ofiarą są piesi lub rowerzyści. Nie będę wymądrzał się co i jak należy ująć w karby przepisów, chcę tylko zwrócić uwagę na to, o czym z reguły się nie mówi i nie pisze w ferworze okładania się epitetami z mediach społecznościowych. Do postaw polityków w tym zakresie litościwie w ogóle się nie odniosę. Nie będę odnosił się też do obowiązujących przepisów. Napiszę o tym co widzę na co dzień. Napiszę w jaki sposób ci użytkownicy korzystają z obowiązujących obecnie przepisów, naginając je dla swoich korzyści lub licząc na to, że policja i sądy rozstrzygną je na ich korzyść, a politycy zmienią prawo tak żeby uzyskali status świętych krów sensu stricto

Codziennie dojeżdżam do pracy samochodem 35-40 km, co daje w sumie 70-80 km podróży. Przemieszczam się po drogach miejskich, wojewódzkich, powiatowych, gminnych i ekspresowych. To tak dla porządku. Subiektywność moich ocen wynikać będzie choćby z tego, że mnie z reguły się spieszy.

Zacznę od rowerzystów.

1. Mój ulubiony przypadek. Jedziemy równolegle w tym samym kierunku z rowerzystami. Ja ulicą, on (oni) chodnikiem lub ścieżką rowerową. Ja jadę prosto, zwalnia przed przejściem rowerzysta mija mnie relatywnie szybka odbija z chodnika (ścieżki) na przejście dla pieszych przede mną.  Z reguły przed maską. O jakimkolwiek machnięciu ręką oczywiście nie ma mowy. Jeżeli go nie trafię, to mnie pewnie trafi samochód z tyłu.

2. Rowerzysta nadjeżdża chodnikiem (ścieżką) naprzeciwko. Zbliżamy się do przejścia dla pieszych. On zjeżdża na przejście, oczywiście bez zasygnalizowania ręką, że zamierza zmienić kierunek jazdy. I tak przy okazji. Na dwudziestu kierowców samochodów jeden z reguły nie sygnalizuje manewru skrętu kierunkowskazem. Na dwudziestu rowerzystów jeden z reguły sygnalizuje manewr skrętu wyciągniętą ręką, dłonią choćby, mrugnięciem oka.

3. Zbliżam się do skrzyżowania. Skręcam w prawo. Ustępuję pieszym. Zakres widoczności jest w takiej sytuacji ograniczony. Przy okazji muszę obserwować pieszych z lewej strony i prawej, patrząc w boczne prawe lusterko i dodatkowo skręcając głowę pod kątem 90 stopni, bo w tym położeniu samochodu zasięg widoczności w lusterku bocznym jest ograniczony. No i oczywiście pozostaje tzw. martwe pole pomiędzy tylną i boczną szybą samochodu. Rowerzyści, którzy poruszają się z kilkukrotnie większą prędkością niż piesi, potrafią się pojawić nagle w zasięgu wzroku, kiedy moja noga już wciska gaz, bo wydaje się, że mogę wjechać na przejście (Dla przypomnienia ścieżki rowerowe są często poprowadzone pomiędzy drzewami i elementami tzw. małej architektury, co znakomicie ogranicza widoczność). Oczywiście rowerzyści z reguły wjeżdżają na przejście na pełnej ku…wie. Przy okazji pozdrowienia dla gdańskiego ZDiZ. Skrzyżowanie Jaśkowej Doliny i Matejki, sposób poprowadzenia ścieżki dla rowerzystów i olbrzymi kasztan cudownie zasłaniający widoczność w górę Jaśkowej powodują, że za każdym razem mam serce w przełyku, czy jakiś debil na rowerze nie wbije mi się w drzwi zjeżdżając z góry od strony Piecek-Migowa.

4. Oświetlenie. Nie rozumiem dlaczego samochody i motocykliści w ciągu dnia musza jeździć z włączonymi światłami mijania (co zresztą popieram), a rowerzyści mogą jeździć bez świateł. Dwa zjawiska fizjologiczne dotyczą kierowców samochodów: adaptacja i akomodacja, czyli zdolność do rozpoznawania szczegółów na drodze przy zmianie natężenia oświetlenia. Kto wjeżdżał z naświetlonej w pełnym słońcu drogi do mocno zacienionego drzewami odcinka ten wie o czym piszę. Proszę do tego dodać zakręt, różnicę w prędkości poruszania się samochodu i roweru oraz rowerzystę ubranego w kolorze tła. Żadne 50 km/h nie pomoże. Zwłaszcza, że taka sytuacja ma z reguły miejsce na drodze poza obszarem zabudowanym.

5. I już ostatni przykład (żeby nie zanudzać) tego w jaki sposób rowerzyści chętnie korzystają z przypisanego im prawa, chociaż sami uwielbiają łamać przepisy na różne sposoby. Zdarza się, że kierowca samochodu wjeżdża na skrzyżowanie, nie mając pewności, że je opuści (włączając w to przejście dla pieszych lub ścieżkę rowerową tuż za skrzyżowaniem). Najczęściej ma to miejsce godzinach szczytu, gdy na niektórych odcinkach dróg są permanentne korki (z ang. kongestia). Gdyby literalnie stosować się do przepisu kierowcy staliby przed skrzyżowaniem do usranej śmierci, bo nadjeżdżające pojazdy z prawej strony często mają zapaloną zieloną strzałkę, której cykl ma się nijak do natężenia ruchu. Prowadzący auta decydują się więc ryzykować, że nie zdążą opuścić skrzyżowania i staną na przejściu lub jego części (lub ścieżce dla rowerzystów za skrzyżowaniem), wówczas gdy dla pieszych i rowerzystów zapala się zielone światło. Co robią nasi uprzywilejowani? Zachowują się jak niektórzy kierowcy samochodów. Dzwonią, wygrażają, a niektórzy uderzają dłonią w dach auta, mimo, że często mają dość miejsca żeby ominąć niefrasobliwego kierowcę. Dobra rada nie pukajcie w dach samochodu. Nie wiecie kto jest w środku. Byłem świadkiem gdy rowerzysta po takim akcie agresji zbierał z przejścia nie tylko rower, ale i zęby.

Piesi

1. Smartfonowe zombie. Wiadomo. Nie trzeba tłumaczyć w czym rzecz. Problem z nimi na drodze polega na tym, że stają i ruszają w najmniej spodziewanym momencie włażąc jak krowa na przejście.

2. Dyskusje przed przejściem dla pieszych. Stoją bździągwy przed przejściem i opowiadają sobie: - Wiesz a ja byłam na Maderze.

- Taaa? No co ty?

- Umówił się, umówił się, umówił się!

 - Jaaa. Nieeee.

 - Całuje, całuje, całuje!

 - Taaa? Ekstra!

I oczywiście ta, która stoi tyłem, gdy ja już dochodzę do wniosku, że będą gdakać dalej jak kury, odwraca się i włazi mi prosto pod koła. Bo w końcu na przejściu ma pierwszeństwo.

3. Pieszy na poboczu jesienią. Temat rzeka, więc sobie daruję. Mieszkam na wsi więc wiem mniej więcej jaki procent dba o bezpieczeństwo własne i daje szansę kierowcom dostrzec ich w porę. Generalnie dzieci, ale i to nie zawsze. Nastolatki i dorośli poddają się darwinowskiej zasadzie doboru naturalnego. I tak przy okazji. Skoro już wymienia się lampy sodowe, moim zdaniem lepiej pozwalające dostrzec pieszych przed przejściem i na poboczu, na ledowe, białe, to może wzorem zmienionego oznakowania newralgicznych przejść dla pieszych, oświetlać takie przejścia lampami sodowymi. Tak dla odróżnienia.

I już na zakończenie apel do rozumnych pieszych i rowerzystów. Kierowcy samochodów, o ile nie są psychopatami, nie chcą was skrzywdzić, zabić. Dajcie im szansę was dostrzec i nie wierzcie aktywistom i politykom, że was ochronią stale podkręcanymi przepisami. Oni generalnie mają was w dupie. Jesteście dla nich tylko statystykami, liczbami. I przed wyborami i w wykazie ofiar wypadków.


K.Blinka
O mnie K.Blinka

O mnie

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo