29 obserwujących
451 notek
349k odsłon
  944   0

Hipotetyczne wyjaśnienie zagadki wszechświata

Tytuł wpisu rozumiemy oczywiście lekko ironicznie - ale lekko. Zagadką jest właśnie wszelka zagadkowość świata - nie "dziwność" czy "nierealność", którą odczuwa czasem i "byle bubek z dansingu" (Witkacy). Zagadkowość więc nie jako jakieś bezpośrednie doznanie czy odczucie, tylko raczej zagadkowość refleksyjna, związana z użyciem rozumu. Zauważał Elzenberg, że sam "byt jako taki" jeszcze ujdzie - byt "ledwie pomyślany", że tak powiem "bez właściwości", wchodzi nam bez problemu jako "po prostu będący", gdyż taki byt pomyślany właściwie niewiele się różni od niebytu. Ale że ten byt, jak już faktycznie istnieje, to przybiera postać taką a nie inną - że czas i przestrzeń, że psychiczność... O, to są zagadki! Dlaczego tak?

Stajemy oszołomieni np. pięknem krajobrazu (albo letniego nieba nocą), możemy odczuć niesamowitość i dziwność tej sytuacji - owszem. Ale możemy też sobie uświadomić, że mamy do czynienia z wielką zagadką. Ludzkiego umysłu czy wszechświata? Wydaje mi się, że na jedno wychodzi, ale o tym za chwilę. Pytanie brzmi: dlaczego piękno? O ile w przypadku tego, co określamy jako piękno ludzkiego ciała, jakiś determinista może powiedzieć, że jest ono (i piękno, i jego poczucie) uwarunkowane ewolucyjnie (dobór partnera do płodzenia potomstwa), o tyle już w przypadku kontemplowania kosmosu, górskiego krajobrazu lub wspaniałości matematyki (matematycy mówią o swoistym pięknie swej dyscypliny!) taki redukcjonizm odpada (moim zdaniem od odpada w ogóle, ale mniejsza z tym).

Wydaje się przede wszystkim, że piękno nie istnieje "w sobie" czy "dla siebie", lecz - dla nas. A może: dla psychiczności i/lub duchowości. Piękno "istnieje" dzięki zdolności odczuwania piękna. Jest to fakt o najwyższej możliwej doniosłości dla każdego, komu zależy na jakiejś głębokości życia i istnienia - na przeżywaniu swego życia, co jest nam przecież zadane. Jeśli więc psychiczność (czy duchowość, co nie jest tym samym - ale traktuję oba pojęcia jako synonimy naszego "ożywienia" niematerialnego) i piękność są w jakiś sposób nierozerwalne, to może sięgnijmy do starej już koncepcji psychiczności jako immanentnej cechy bytu, samej materii. Z pozoru szaleństwo, choć tylko z pozoru. W istocie dużo większym szaleństwem jest myśl, jakoby psychiczność i byt świadomy miały się narodzić z niczego w toku ewolucji pewnej bezwłosej małpy na pewnej niebieskiej gałce wirującej w przestrzeni (taka planeta). Jakkolwiek psychiczność jako cecha materii, obecna nawet w neutronie, wydaje się tak samo "niesamowita" i "dziwna" jak psychiczność wykwitająca przypadkiem w owej bezwłosej małpie - to jednak właśnie tylko tak dziwna, a nie bardziej. Jest za to bardziej prawdopodobna. Poczucie niesamowitości tej koncepcji (wysuwanej i popieranej przez wybitnych fizyków) nie jest niczym innym, jak poczuciem pierwotnego zadziwienia bytem - że on jest taki, a nie inny. Niczym więcej.

Idąc krok dalej można uznać, że wraz ze wzrostem i komplikowaniem się struktur materii, wzrasta również jej "psychiczność". Tu wkraczamy już na śliski grunt - psychiczność, jako taka hipotetyczna liczba kwantowa, nie mogłaby być po prostu efektem kumulacji masy. Jej wzrost byłby związany z bogactwem i potencjałem struktur, które tworzy materia. Bogactwo kombinacji, potencjalnych kombinacji; usieciowienie; tworzenie wciąż nowych, wyższych struktur - ich samoreplikacja i wzbogacanie, fenomen "ożywienia" w końcu. Do czego miałoby to prowadzić? Może do ludzkiego mózgu, który uważamy za najbardziej złozoną materię we wszechświecie. Człowiek jest tworem tak skomplikowanym, że generowana przez niego, czy "nawarstwiona" przez te złożone struktury "psychiczność", wprost z niego promieniuje. Ba! Różnica pomiędzy człowiekiem bezmyślnym (nawet chwilowo) a intensywnie myślącym i przeżywającym swoje istnienie jest uderzająca i prawdopodobnie możliwa do obiektywnego opisania/rozróżnienia (kryteria i język opisu). Widać na pierwszy rzut oka. Taki człowiek ściąga uwagę (naszą "siłę psychiczną") tak, jak czarna dziura światło.

Stając więc naprzeciw drugiego człowieka, mierzymy się z niezbadaną, psychologiczną otchłanią - co tak doskonale rozumiał Franz Kafka. Rozumiemy więc doskonale, że te dwie otchłanie przeglądające się w sobie są poruszone i przeniknięte - tym drugim. Czy nie jest podobnie, gdy podziwiamy ów górski krajobraz, lub ocean, lub gwiezdne niebo? Symfonię? Czy patrząc w taki ogrom - także jesteśmy, w pewnym sensie, nim przeniknięci psychicznie? No coś się z nami dzieje bez wątpienia - coś w najwyższym stopniu godnego uwagi.

Lubię to! Skomentuj32 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale