3 obserwujących
30 notek
8015 odsłon
164 odsłony

Smacznego państwu!

Wykop Skomentuj2

Czy Europejczycy się z nas śmieją?

Każdy, kto chce się zatrudnić w branży spożywczej, medycznej albo nawet w sklepie, w którym obok stoisk z komputerami są owoce i warzywa, musi posiadać dokument, który tradycyjnie nazywa się Książeczką San-Epid. Tyle że teraz to już nie jest żadna książeczka, a jedynie świstek w formacie A5, na którym potwierdza się, że jej posiadacz został zbadany na nosicielstwo różnych zakaźnych choróbsk i nic nie wykryto. 

Kiedy przeprowadzono te badania? Rok, dwa lata, pięć, a może dziesięć lat?

Nieważne!

Zrobiłeś kiedyś tam, teraz zafoliuj i możesz pokazywać każdemu, komu ustawa zezwala na żądanie okazania tego dokumentu. Który to dokument będzie stwierdzał, że kiedyś tam byłeś cnotliwie czysty, a teraz możesz mieć wszelkie rodzaje gruźlic, żółtaczek, robaczyc…

Nieważne?

Na szczęście to nieprawda. Na szczęście Europa dotarła i do Polski. Wszędzie w Europie, aby móc pracować w okolicy branż spożywczych, medycznych, kosmetycznych itp. musisz się zbadać na nosicielstwo na dzień dobry i po każdych trzech miesiącach.

Czy Europejczycy mogą się uśmiechać drwiąco? Owszem. Z powodu owej Książeczki San-Epid, która nie ma żadnego znaczenia ochronnego i jest jedynie pozostałą po okresie błędów i wypaczeń absurdalną procedurą, która ma drenować kieszenie frajerów.

Jeszcze o tym napiszę, ale po wyborach. Neutralność zobowiązuje.

Procedury

Jest to zespół przepisów standaryzujących postępowanie wobec czegoś. Sens procedur wywodzi się stąd, że społeczeństwo nie jest zbiorem osób genialnych, które po mistrzowsku opanowały swoje dziedziny zatrudnienia. Nie jest ważne, czy każdy element maszyny jest idealny i najlepszy. Ważne, żeby zbiór tych elementów działał zawsze tak samo, w powtarzalny sposób. A temu właśnie służą ścisłe procedury [1]. Taką procedurą jest HACCAP.

HACCAP

Hazard Analysis and Critical Control Points. Czyli analiza zagrożeń i krytyczne punkty kontroli[2]. W systemie HACCAP dla branży spożywczej przewidziano między innymi weryfikowanie świeżości produktów na wszystkich etapach dostawy towaru poczynając od wytwórcy a kończąc na konsumencie. Dzięki tym procedurom, w sklepie stosującym HACCAP (co obowiązuje w Polsce od 2010[3]) klient miałby szansę na zakup świeżych produktów.

Czemu produkty tylko miałby być świeże?

Po pierwsze, nie wszystkie punkty sprzedaży są podporządkowane HACCAP. Na przykład targowiska nie są zobowiązane. Pomimo tego chętniej chodzimy kupować na targ niż do sklepu. Czemu? Bo dla detalisty utrata klienta jest o wiele gorsza niż dla sklepu, który sprzedaje tysiącom. Toteż dba on, aby sprzedawane przez niego produkty były zawsze w jakości dorównującej wszystkim stojącym obok straganiarzom.

Po drugie HACCAP ma wiele dziur, z których skwapliwie korzystają sklepy wielkopowierzchniowe. Oto jeden z przykładów. Na stoisko ze świeżą żywnością (mięso, ryby, owoce itd.) przybywa żywność, której świeżość jest potwierdzona. Klienci ją wykupują i braki są uzupełniane na bieżąco. Obsługa otwiera kolejne opakowania i dokłada świeże produkty. Niestety, na poszczególnych wątróbkach, flaczkach, udkach nie są nadrukowane daty świeżości. Toteż na stoisku mieszają się produkty pobrane z różnych pojemników i co za tym idzie, o różnych terminach ważności. Po zakończeniu pracy wszystko trzeba zebrać i zawieźć do chłodni, a samą ladę starannie umyć. Produkty zatem trafiają do pojemników wg rodzajów, ale nie według świeżości. Bo skąd niby obsługa ma wiedzieć, z którego pojemnika pochodziła konkretna wątróbka? Jest dzisiejsza? Może jednak wczorajsza, albo sprzed tygodnia… Następnego dnia wszystko trafi z powrotem na ladę, bo trzeba przecież opchnąć, aby nie było strat. Jeżeli więc produkt sam nie ucieka z lady, to pozostawia się go w ofercie.

Smacznego państwu!

W dawnych książkach kucharskich podaje się sposoby na sprawdzenie, czy mięso jest świeże. Jednym z nich jest wbicie rozżarzonej szpili i powąchanie ostrza po wyjęciu. Nic się nie ukryje. Dawni mistrzowie rzeźniccy nie dość że pozwalali na takie eksperymenta, to jeszcze sami mieli na podorędziu zaostrzone druty, aby klient miał pewność. Wyobrażacie sobie, że obsługa lady w wielkopowierzchniowym sklepie pozwoli na takie sprawdzanie świeżości?

Jeśli o mnie chodzi, nie kupuję w ogóle „świeżych” produktów w takich sklepach. Wyłącznie takie, których termin ważności jest trwale przytwierdzony do nienaruszonego opakowania.

I na tym można było by zakończyć, ale…

Mamy w kraju epidemię. Dlatego musimy wdrożyć swoje własne procedury, aby mieć (jaką taką) pewność, że sami sobie nie wprowadzamy wirusa do organizmu.

Przychodzimy do domu i od razu po zdjęciu ubrania myjemy ręce. Co więc z produktami? Można je podzielić na trzy części: takie, które znajdują się w szczelnie zamkniętych opakowaniach, takie które można umyć i te, które można odkazić ogniem. Tak, ogniem. Przynosicie chlebek, przynosicie bułeczki – bezwzględnie trzeba je opalić. Nie macie w domu kuchni gazowej? No to macie przerąbane! Pozostaje wam jedynie atomizer, który trzeba wypełnić czystym, rektyfikowanym spirytusem. Do spryskiwania[4].

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale