No to już wiemy od czego jest BOR.
Po "nieszczęśliwym wypadku" do jakiego, mimo perfekcyjnego zachowania BOR pod wodzą gen. (to od geniusz) Janickiego, doszło w zeszłym roku pod Smoleńskiem, pojawiły się pewne kontrowersje na temat tego, do czego ów BOR służy.
Niejaki Macierewicz twierdził bowiem, iż BOR powinien dbać o bezpieczeństwo chronionych przez nie osób przez cały czas, a minister Miller ze swadą ripostował, że za to gdzie, po co i jak leci na przykład samolot i co go tam, gdzie leci czeka, BOR odpowiadać przecież nie może.
No i jak zawsze wtedy, gdy światło zmaga się z ciemnotą - póki starcza na naftę lub gaz od przyjaciół - a oświecenie z oszołomstwem wyszło na to, że Miller ma rację.
Przyszło bowiem w asyście BOR grzać rozkopanymi ulicami Warszawy niejakiemu Jerzemu Buzkowi. I rzeczywiście, ponownie okazało się, że za to gdzie, po co i jak jedzie samochód, BOR odpowiadać nie ma zamiaru.
Wyszkolenie funkcjonariuszy tej, jak się okazuje wyjątkowo specjalnej jednostki w III RP w zakresie przewozu osób chronionych samochodami nie odbiega bowiem od ich kompetencji w wypadku przewozu ich samolotem. Mimo że w tym wypadku kierujący pojazdem jest funkcjonariuszem BOR. Ogranicza się bowiem do uruchomienia "koguta" i dania po garach.
Ich zdaniem, to powinno wystarczyć, aby kierowca na przykład wyjeżdżający na skrzyżowaniu z ulicy mającej zielone światło, doznał uprzedniej iluminacji i przewidział, że ulicą na czerwonym świetle pędzi Buzek z bandą borowików, olewających przepisy, jakby gonił ich oddział moherowych szachidek.
Biorąc pod uwagę ewentualne konsekwencje wypadku, do jakiego doszło, należy odnotować z niejaką satysfakcją, że obwieszanie orderami i generalskimi lampasami Janickiego może się okazać dla obecnej władzy dosłownie zabójcze.
Tylko tego kierowcy na zielonym szkoda.
Do ryzyka poruszania się po zrytej jak ruski beret szałem bufetowej Warszawy, doszła jeszcze legenda o pędzącej na oślep ulicami czarnej limuzynie BOR.
Inne tematy w dziale Polityka