dr Arkadiusz Taranowski i Radosław Pyffel w czasie spotkania "Azja na Koszykowej"
dr Arkadiusz Taranowski i Radosław Pyffel w czasie spotkania "Azja na Koszykowej"

Pierwsza premier Japonii. Twardsza niż Thatcher?

Redakcja Redakcja Azja Obserwuj temat Obserwuj notkę 0
Sanae Takaichi została pierwszą kobietą na stanowisku premiera Japonii. Media na całym świecie ogłosiły przełom. Eksperci studzą entuzjazm. Za historycznym gestem kryje się twarda konserwatywna agenda, a nie liberalny zwrot, którego wielu oczekiwało.

Symbol bez treści liberalnej

Gdy w październiku 2025 roku Sanae Takaichi obejmowała urząd premiera, komentatorzy sięgali po wielkie słowa. Pierwsza kobieta w historii na czele japońskiego rządu. W kraju słynącym z głęboko zakorzenionego patriarchatu. Wydawało się, że Japonia przekracza kolejną symboliczną granicę. W lutym tego roku, po przyśpieszonych wyborach, zdobyła jeszcze większy mandat do zmian.

Dr Arkadiusz Tarnowski, znawca Japonii i Korei, nie podziela tej optymistycznej lektury. Mówił o tym podczas spotkania z cyklu "Azja na Koszykowej" w Bibliotece Publicznej w Warszawie.

- Wielu Japończyków miało nadzieje na zmiany, na pewne liberalne, bardziej otwarte podejście do konserwatywnego systemu. Niestety bardzo szybko okazało się, że pani premier to jest tak naprawdę „facet w spódnicy". To jest taka żelazna dama, ale o jeszcze bardziej konserwatywnych poglądach niż Margaret Thatcher - ocenił Tarnowski.

image
Premier Japonii Sanae Takaichi/PAP

Takaichi nie tylko nie zapowiedziała liberalizacji, ale wprost ogłosiła wzmocnienie tradycyjnego porządku. Wykluczyła możliwość dopuszczenia kobiet do sukcesji tronu cesarskiego. Tron ma pozostać wyłącznie w linii męskiej. Paradoks jest uderzający: 90 procent Japończyków popiera w sondażach możliwość panowania cesarzowej. Premier myśli inaczej.

- Pani premier zapowiedziała tylko wzmocnienie patriarchatu, jeszcze mocniejsze zapisy, że cesarzem nie będzie mogła być kobieta, tylko i wyłącznie potomek w linii męskiej - podkreślił dr Tarnowski.

Sprzeciwia się też nowelizacji kodeksu cywilnego, która pozwoliłaby kobietom zachować nazwisko rodowe po ślubie. W jej gabinecie zasiadają zaledwie dwie kobiety.

Dlaczego ona i dlaczego teraz

Żeby zrozumieć, skąd wzięła się Takaichi, trzeba cofnąć się do kryzysu LDP. Partia Liberalno-Demokratyczna rządziła Japonią przez niemal 70 lat, tracąc władzę jedynie przez łącznie około 3,5 roku. To ona stała za japońskim cudem gospodarczym lat 60. i 70. Kraj podnosił się z powojennych zgliszczy i stał się drugą gospodarką świata.


Potem nastąpiły trzy dekady stagnacji i seria skandali korupcyjnych. Przed wyborami LDP notowała zaledwie 30 procent poparcia, choć sama Takaichi cieszyła się jednocześnie poparciem ponad 80 procent ankietowanych.

- Większość by oczekiwała, że wybierze ją starsze pokolenie, że to są ludzie 40-50 plus - wyjaśniał dr Arkadiusz Tarnowski. - A tu się okazało, że jednak najwyższe poparcie miała wśród tego młodego elektoratu.

Młodych, zagubionych w kraju, który nie oferuje im ani przystępnych cen mieszkań, ani czytelnej wizji przyszłości. Hasło "Make Japan Great Again" trafiło do nich skuteczniej niż obietnice japońskiej opozycji.

Japonia nie ma armii. Konstytucja tego zabrania

To jeden z największych paradoksów współczesnej geopolityki. Japonia, szósta gospodarka świata pod względem wydatków wojskowych, formalnie nie posiada armii. Zabrania jej tego konstytucja.

Cofnijmy się do 1945 roku. Japonia leży w gruzach. Amerykanie piszą nową ustawę zasadniczą i wpisują do niej artykuł dziewiąty. Jego treść jest jednoznaczna: Japonia na zawsze wyrzeka się wojny i nie będzie utrzymywać sił zbrojnych. Cel był prosty. Nigdy więcej imperialnej Japonii.

Kiedy jednak w 1950 roku wybuchła wojna koreańska, Amerykanie zreflektowali się. Potrzebowali sojusznika zdolnego do obrony. Rozwiązanie było sprytne: Japonia powołała "siły samoobrony". Nie armię. Stowarzyszenie.

- Japonia stworzyła taki twór, który nazywa się Siły Samoobrony. Żeby nie pokazywać nawet w nazwie, że to jest coś wojskowego - wyjaśniał Tarnowski.

Przez dekady ta fikcja prawna jakoś działała. Japońskie siły samoobrony rosły, modernizowały się, wyjeżdżały w rejon Zatoki Perskiej. Budżet wojskowy puchł. Dziś Japonia wydaje na obronność więcej niż Niemcy czy Francja. Trudno nadal nazywać to „siłami samoobrony".


Teraz ta fikcja może się skończyć. Takaichi chce zmiany konstytucji. Chce wzmocnić siły samoobrony i nadać im prawdziwy status wojskowy.

- Nikt nie pomoże krajowi, który nie ma woli bronić się sam - powiedziała premier po wyborczym triumfie.

Zmiana artykułu dziewiątego wymagałaby jednak większości dwóch trzecich w obu izbach parlamentu oraz ogólnonarodowego referendum. W izbie niższej koalicja rządząca ma wymaganą większość. W izbie wyższej na razie jej brakuje.

Pytanie jest proste. Czy konserwatywna, patriotyczna premier, która chce „uczynić Japonię znowu wielką", zdoła przeprowadzić kraj przez najtrudniejszą reformę ustrojową od 1947 roku? I czy Japończycy, którzy przez osiemdziesiąt lat żyli bez armii, są na to gotowi?

Polska brama do Europy i most nad Ukrainą

Relacje polsko-japońskie mają długą i nieoczywistą historię. Polska u progu transformacji domagała się redukcji długu wobec krajów Klubu Paryskiego o połowę. Japonia była jednym z najtwardszych oponentów tej propozycji. Przełom przyniosła wizyta prezydenta Lecha Wałęsy w Tokio w grudniu 1994 roku. Wałęsa przeprosił za żądanie redukcji japońskiego długu, a Tokio ostatecznie zgodziło się na umorzenie połowy zobowiązań.

Kraj kwitnącej wiśni jako jedyny wierzyciel nie zgodził się jednak na wcześniejszą spłatę. Polska regulowała ostatnie raty wobec Japonii aż do 2014 roku.

Dziś oba kraje łączą wspólne interesy. Polska stała się dla Japonii partnerem strategicznym. Pierwszym powodem jest logistyka odbudowy Ukrainy.

Japonia zadeklarowała 20 miliardów dolarów wsparcia dla Ukrainy. Ze względu na pacyfistyczną konstytucję Tokio nie wysyła broni ofensywnej, ale stało się jednym z największych darczyńców cywilnych na świecie. Podejście jest szerokie: transformacja energetyczna, budowa dolin wodorowych, transport, pomoc w odbudowie zniszczonych miast. Problem w tym, że Japończycy nie mogą bezpośrednio działać na terytorium objętym wojną. Potrzebują pośrednika. I tu pojawia się Polska.

Port w Odessie jest praktycznie niedostępny. Infrastruktura rumuńska nie udźwignie wielkiego cargo. Droga do Ukrainy prowadzi przez polskie porty i polskie tory.

- Jesteśmy skazani na sukces przez naszą infrastrukturę. Polska jest tym hubem logistycznym, obojętnie dla którego partnera dalekiego - podkreślił dr Tarnowski.

Drugi fundament to rola Polski jako bramy na Europę. Japońskie firmy szukające przyczółka na kontynencie od lat traktują Polskę jako naturalny punkt wejścia. Relacje wychodzą już jednak poza model taniej siły roboczej, który przyciągnął tu dekady temu Toyotę i inne koncerny.

- Od początku dwudziestego pierwszego wieku ścieżką, którą podążamy, jest gospodarka oparta na wiedzy - ocenił ekspert PAIH.

PP

Fot: Spotkanie odbyło się w ramach cyklu "Azja na Koszykowej" organizowanego w Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy na ulicy Koszykowej. Gościem był dr Arkadiusz Taranowski. Rozmowę prowadził Radosław Pyffel, ekspert ds. Azji z Instytutu Sobieskiego/Salon24



Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj Obserwuj notkę

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka