Sanae Takaichi, pierwsza kobieta-premier w historii Japonii, w czasie kampanii wyborczej/PAP/EPA
Sanae Takaichi, pierwsza kobieta-premier w historii Japonii, w czasie kampanii wyborczej/PAP/EPA

Japonia głosuje. Premier stawia wszystko na jedną kartę

Redakcja Redakcja Świat Obserwuj temat Obserwuj notkę 39
Sanae Takaichi, pierwsza kobieta-premier w historii Japonii, postawiła na jedną kartę i rozpisała przyspieszone wybory zaledwie trzy miesiące po objęciu władzy. Ultraprawicowa polityk obiecuje drastyczne zwiększenie wydatków na zbrojenia i rewolucję w gospodarce. Jeśli przegra, poda się do dymisji.

Wszystko albo nic

W niedzielę rano, gdy w Tokio było jeszcze ciemno, otworzyły się pierwsze z ponad 44 tysięcy lokali wyborczych w całej Japonii. 1284 kandydatów zabiega o 465 miejsc w Izbie Reprezentantów, czyli niższej izbie japońskiego parlamentu. To najważniejsze głosowanie od lat, które zdecyduje nie tylko o przyszłości rządu Sanae Takaichi, ale może także zmienić układ sił w całym regionie Azji i Pacyfiku.

61-letnia Takaichi podjęła największe ryzyko w swojej karierze. Gdy trzy miesiące temu objęła stanowisko premier, jako pierwsza kobieta w historii Japonii, polityczną scenę wstrząsał kryzys. Jej Partia Liberalno-Demokratyczna (PLD), która rządziła krajem niemal nieprzerwanie od lat 50., właśnie straciła większość parlamentarną i rozpadła się jej wieloletnia koalicja z pacyfistyczną partią Komeito. Zamiast czekać, aż opozycja zorganizuje się na tyle, by przeprowadzić wotum nieufności, Takaichi sama rozwiązała parlament i ogłosiła przyspieszone wybory.


"Jeśli nie zdobędziemy większości, poddam się do dymisji" – oświadczyła publicznie. Sondaże dają jej szansę na wygraną, ale nic nie jest przesądzone. Kampania trwała zaledwie 16 dni, najkrótsza w powojennej historii Japonii. Wyniki poznamy wieczorem, gdy zostaną opublikowane pierwsze exit polls.

Nowa mapa polityczna Japonii

Jeszcze rok temu japońska polityka wydawała się zastygła w znanym układzie. PLD rządziła w koalicji z Komeito przez 26 lat. Ten sojusz gwarantował stabilność, choć nie obywał się bez napięć, konserwatywna PLD musiała brać pod uwagę pacyfistyczne postulaty swojego partnera, szczególnie w kwestiach bezpieczeństwa i polityki zagranicznej.

Wszystko zmieniło się w 2024 roku, gdy seria skandali korupcyjnych wstrząsnęła PLD. Partia straciła zaufanie wyborców i większość w parlamencie. Komeito, widząc spadające notowania, zdecydowała się na drastyczny krok – w połowie stycznia zerwała koalicję i przeszła do opozycji, tworząc wraz z Konstytucyjną Partią Demokratyczną Japonii nowe ugrupowanie: Sojusz Reform Centrowych.

Takaichi musiała szybko znaleźć nowego partnera. Wybrała Japońską Partię Innowacji (JPI),  prawicowe ugrupowanie, które przed rozwiązaniem parlamentu miało 34 mandaty. To sojusz bardziej naturalny ideologicznie, ale węższy. Przed wyborami koalicja dysponowała łącznie 232 mandatami, podczas gdy do większości potrzeba 233.

Nowa opozycja, Sojusz Reform Centrowych, walczy o utrzymanie 167 mandatów. W kampanii koncentrowała się na rozliczeniu PLD za skandale korupcyjne, promowała "realistyczne bezpieczeństwo" i większą różnorodność w polityce.

Zbrojenia i imigracja

Takaichi nie ukrywa swoich poglądów. Podczas blitzkriegowej kampanii przedstawiła program, który – gdyby został zrealizowany – mógłby odmienić nie tylko Japonię, ale cały region.

Kluczowa jest kwestia bezpieczeństwa. Premier domaga się drastycznego zwiększenia wydatków na zbrojenia. Japonia, która od końca II wojny światowej obowiązywała pacyfistyczna konstytucja i limit wydatków obronnych, ma – według Takaichi – zbudować armię zdolną do realnego odstraszania. To odpowiedź na rosnącą asertywność Chin i nieprzewidywalność Korei Północnej, jak podaje "New York Times".


Równie kontrowersyjne są postulaty dotyczące polityki imigracyjnej. Takaichi chce zaostrzenia prawa, co w kraju borykającym się z katastrofalnym kryzysem demograficznym. Japonia kurczy się i starzeje w zastraszającym tempie – wywołuje ostre podziały. Krytycy zarzucają jej, że zamyka drzwi przed potencjalnym rozwiązaniem problemu niedoboru siły roboczej.

Rewolucja gospodarcza w cieniu inflacji

Jeśli program bezpieczeństwa Takaichi budzi emocje, jej plany gospodarcze to prawdziwa bomba. Premier otwarcie kwestionuje podstawy polityki ekonomicznej, która obowiązywała Japonię przez ostatnie dekady.

Japonia od lat 90. tkwi w pułapce deflacji i stagnacji. Ceny nie rosły, gospodarka ledwo zipała, a kolejne rządy próbowały rozmaite formuły, od masywnych pakietów stymulacyjnych po ultraluźną politykę pieniężną. Kiedy w końcu inflacja wróciła, osiągając 2,5 procent, wielu ekonomistów odetchnęło z ulgą. Nie Takaichi.

Japońska gospodarka, nadal trzecia co do wielkości na świecie, opiera się dziś głównie na zaawansowanym przemyśle wytwórczym, szczególnie produkcji samochodów i elektroniki. Toyota, Honda, Sony czy Panasonic to globalne marki, które wciąż stanowią filar eksportu. Coraz większe znaczenie ma też sektor usług, który generuje już ponad 70 procent PKB, oraz przemysł wysokich technologii, od robotyki po półprzewodniki. Japonia pozostaje również potęgą finansową, a jen jest jedną z najważniejszych walut rezerwowych świata.

Dla premier obecna inflacja to nie wybawienie, ale problem. Uważa, że wzrost cen uderza w zwykłych Japończyków, podczas gdy ich płace rosną zbyt wolno. Dlatego proponuje coś, czego nie słyszano w G7 od lat – walkę z inflacją nie przez podnoszenie stóp procentowych, ale przez zwiększanie podaży, jak relacjonuje "New York Times". W praktyce oznacza to masywne inwestycje publiczne w infrastrukturę, energetykę i przemysł, które mają obniżyć koszty produkcji i tym samym ceny.

To podejście wywołuje gorące spory. Krytycy ostrzegają, że taka polityka może rozpętać spiralę inflacyjną i zrujnować finanse publiczne. Zwolennicy przekonują, że Japonia potrzebuje właśnie takiego wstrząsu, by wyrwać się z dekad stagnacji. Zdaniem analityków "NYT", jeśli Takaichi wygra i wcieli swój program w życie, będzie to największy eksperyment gospodarczy w rozwiniętym kraju od lat.

Japonia i Polska: dyskretny romans gospodarczy

Dla Polski wynik niedzielnych wyborów w Japonii ma znaczenie nie tylko geopolityczne, ale też biznesowe. Japońskie firmy od lat traktują nasz kraj jako ważny punkt na mapie inwestycyjnej Europy Środkowej.

W Polsce działa ponad 400 firm z japońskim kapitałem, zatrudniających łącznie około 40 tysięcy osób. To głównie przemysł motoryzacyjny, zakłady Toyoty w Wałbrzychu i Jelczu-Laskowicach, gdzie produkuje się silniki i skrzynie biegów, a także fabryka przekładni Aisin w Środzie Śląskiej. Japończycy inwestują też w elektronikę, Panasonic ma zakład w Gnieźnie, a Sharp w Toruniu i produkcje artykułów tytoniowych w Starym Gostkowie k. Łodzi(JTI).


Wymiana handlowa między oboma krajami w 2024 roku przekroczyła 5 miliardów dolarów. Polska eksportuje do Japonii głównie maszyny, urządzenia elektryczne, meble i żywność. W drugą stronę płyną samochody, komponenty elektroniczne i zaawansowane technologie.

Co ciekawe, Japończycy cenią Polskę nie tylko jako bazę produkcyjną, ale też jako hub logistyczny do obsługi całej Europy Środkowo-Wschodniej. Stabilność polityczna, rosnący rynek wewnętrzny i dobrze wykształcona siła robocza to atuty, które sprawiają, że kolejne japońskie koncerny planują inwestycje nad Wisłą.

Zwycięstwo Takaichi i jej program masywnych inwestycji w przemysł może oznaczać nowe możliwości dla polskich firm – zarówno jako dostawców komponentów, jak i partnerów w projektach technologicznych. Pytanie, czy w polityce migracyjnej premier znajdzie miejsce dla polskich specjalistów, którzy mogliby pomóc Japonii w walce z kryzysem demograficznym.

Rekordowa liczba kobiet

Niezależnie od wyniku, niedzielne wybory przejdą do historii z jeszcze jednego powodu. O mandaty w parlamencie ubiega się rekordowa liczba kobiet, stanowią ponad 24 procent wszystkich kandydatów. To wciąż za mało jak na XXI wiek, ale w kraju, który przez dziesięciolecia był bastionem politycznego patriarchatu, to przełom.

Paradoksalnie, zmianę tę zawdzięczamy po części samej Takaichi. Jej objęcie stanowiska premier, choć wielu krytyków zarzuca jej ultrakonserwatyzm, otworzyło drzwi dla dyskusji o kobietach w polityce. Teraz setki kandydatek próbują wykorzystać tę szansę.

Sanae Takaichi postawiła wszystko na jedną kartę. Jeśli wygra, otrzyma mandat do przeprowadzenia najgłębszych reform gospodarczych i zbrojeniowych od dekad. Jeśli przegra to straci władzę po zaledwie trzech miesiącach, zapisując się w historii jako najkrócej urzędujący premier Japonii.

Tak czy inaczej, to nidzielne głosowanie zadecyduje o przyszłości nie tylko 125 milionów Japończyków, ale będzie miało wpływ na cały region Azji i Pacyfiku na lata.

red.

źróło: PAP, NYT

Fot: Sanae Takaichi, pierwsza kobieta-premier w historii Japonii, w czasie kampanii wyborczej/PAP/EPA

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj39 Obserwuj notkę

Komentarze

Pokaż komentarze (39)

Inne tematy w dziale Polityka