"lecą wokoło szmaty zapalone
i płonąc nie wiesz, czy stajesz się wolny,
czy to, co twoje, ma być zatracone;
czy popiół jeno zostanie i zamęt,
co idzie w przepaść burzą - czy zostanie
na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,
wiekuistego zwycięstwa zaranie."
Pod Kancelarią Premiera podpalił się człowiek.
Nie wiem, czy przeżyje, nie wiem, co było bezpośrednim powodem jego czynu i co wymyśli medialna fabryka zjadania mózgów, aby blask tych płomieni od twarzy Tuska odpędzić.
Ale jedno jest już pewne.
Bandytom nawet nie drgnie powieka, złożą wyrazy współczucia, zadereklarują pomoc. Nie zabraknie specjalistów od patroszenia i ślepych snajperów, pozujących na tle tej tragedii do zdjęcia. Mam to wszystko w dupie.
Mnie interesuje ilu tchórzom ten akt szaleńczej desperacji odbierze spokojny sen? Ilu zmusi do reakcji?
A mówię tu o tchórzach pośród nas. Tych, którzy w kółko opowiadają o tym, że wizerunek, że pijar, że X do dupy a Y w sam raz, że po co to mówić, a tamtego nie, że program, że wybory, że przecież my nic nie możemy...
Czy będzie tak, jak w wypadku Ryszarda Siwca we wrześniu 1968 r.?
Samotny płomień i ocean sparaliżowanego strachem błota?
Tak, wiem, wtedy był totalitaryzm. Ale pół roku wcześniej dziesiątki tysięcy studentów, a dwa lata później robotników nie bało się narażać w proteście nawet swoje zdrowie i życie.
Czy teraz protest ma polegać wyłącznie na udziale w zbudowanej po 1989 r. szopce, oświetlanej tylko od czasu do czasu ogniem desperatów?
Czy nie widzicie, jak pokraczne, jak skurczone są nasze cienie, które ten płomień rzuca na ścianę?