Tak można skwitować informacje o wstępnych wynikach przeprowadzonej po ekshumacji sekcji zwłok Zbigniewa Wassermanna. Bo jeśli taki jest efekt w praktyce pierwszego, przeprowadzonego w Polsce badania na autentycznym materiale dowodowym, jakim jest ciało ofary, to co należy sądzić o reszcie rosyjskich "ustaleń"?
Warto bowiem cały czas powtarzać, że Polska ma dostęp co najmniej do dwóch kategorii dowodów, mogących odsłonić prawdę w sprawie smoleńskiej. Jedną są ciała ofiar, a drugą zdekodowane i odczytane przez Amerykanów dane z komputera pokładowego samolotu.
Mowa oczywiście o tych dowodach, których istnienia nie da się już, jak chociażby w wypadku znikających zeznań i zdjęć satelitarnych, utajnić.
Nawet bowiem, jeśli jak chcą niektórzy, Rosjanie byli w stanie je sfałszować zanim przekazali w ręce amerykańskiego producenta, to ja jednak poczekam na wyniki badań ekspertów NASA nad ich treścią. Ich wstępna wersja pokazuje bowiem, że po publikacji ostatecznej Rosja może wystąpić o korektę tego co Amerykanom przekazała, tak jak w wypadku pierwszych zeznań kontrolerów lotu.
Oczywiście, są i tacy, którym prawda do niczego nie jest potrzebna, albo cieszą się nawet z tych 10 procent, bo to i tak więcej, niż przed 1989 r. To przeważnie ludzie, którzy moczą pościel ze strachu, śniąc o ruskich tankach, miażdżących ich kupione na kredyt fury na Placu Konstytucji.
Nie wiedzą, choć z pewnością część z nich podejrzewa, że ich paraliż woli może się skończyć tylko w jeden sposób. Ruskimi furami na Placu Polsko-Rosyjskiej Zgody.
10 procent jak 10 kwietnia.
Na tyle nasze państwo Rosja po 10 kwietnia 2010 r. wyceniła.
Ale miała do tego podstawy.
Co poświadcza skwapliwie od kilkunastu miesięcy jej wersję powielający i podtrzymujący polski rząd oraz różni, jemu usłużni, plączący się po mediach najemnicy.
Wygląda na to, że polski też tylko na 10 procent.
I gdyby nie upór części rodzin ofiar, Zespołu pod kierunkiem Antoniego Macierewicza, a także - być może - przynajmniej części wojskowych, nadal bylibyśmy ogłupiani przez rozmaitych, samozwańczych lub wyznaczonych "ekspertów", bredzących o czymś, na czym czytelnicy znać się nie mogą lub przekonujących, że niczego się teraz dowiedzieć nie możemy.
A tymczasem sama dokumentacja Kłamstwa Smoleńskiego jest wystarczającym, nieusuwalnym historycznie dowodem intencji i winy tych wszystkich, którzy się do jego zbudowania przyczyniają.
Nawiasem, nie mógł sobie chyba Jan O. gorszego dnia na promocję kolejnej porcji ruskiej propagandy wykombinować. Podobnie jak grzejący w palikotłach ubecy od "telefonii pogrobowej".
Prawdy dowiemy się za jakiś czas, ale na to że kłamali i są winni już mamy dowody. I będziemy mieć ich coraz więcej.
Inne tematy w dziale Polityka