18 obserwujących
168 notek
125k odsłon
2143 odsłony

Długo i rozwlekle o czymś, co wciąż kocham

Wykop Skomentuj204

Czy ja jestem takim pasjonatem? Wątpię. Nie przeczytałam mnóstwa książek, które przeczytać powinnam. Z jednej strony żałuję, z drugiej, cóż, godzę się z tym, że na pewne rzeczy jest już za późno. A może nie? Czasami chwycę za książkę, zanurzam się w wymyślonym świecie, przeżywam przygody i rozterki bohaterów. Coraz częściej łapię się na tym, że wolę czytać o tym, co realne, pogłębiać swoją wiedzę, stąd pewnie to zamiłowanie do Internetu. :) A mądry człowiek sięgnąłby po literaturę faktu. Tyle na moich półkach książek o zwierzętach... Tymczasem ze mną jest tak, że nawet lekka beletrystyka szybko mnie nudzi, szukam wciąż czegoś innego i ciekawszego. Tak, stuprocentowa wina Internetu. :) Moją ogromną przywarą jest szybka utrata zainteresowania daną lekturą, potrzeba ciągłego stymulowania emocji i wyobraźni nowymi podnietami.

Co to ja ostatnio czytałam (fragmentarycznie)? „Kwiaty śliwy w złotym wazonie”, „Lustro” de Assisa, „Wino o południu” Porter, „Tytus Groan” Peaka, „Letni dom wampirów” Loebla, „Spis rzeczy” Bardijewskiego, „Blagier” Fry'a, „Przygody Dyla Sowizdrzała” de Costera, „Wielkie sekretne widowisko” Barkera, „Biały pałac” Savana, „Święta u Coole'ów” Stephensa, "Lekcja geografii" Mirkowicza – niektóre pozycje zdecydowanie zamierzam dokończyć, inne mnie poważnie rozczarowały. Przerzucam się z jednej lektury na drugą. Wiem, to niedobrze. Moją pasją są audiobooki, których naściągałam sobie przez kilka lat w ilości tak szalonej, że nie zapoznam się nawet z 5 % swojego zbioru (muszę dokończyć „Której imię wymazano” D. W. Cross i „Anegdoty o przeznaczeniu” Blixen, może uda mi się przebrnąć przez „Nakarmić wilki” Nurowskiej; z przyjemnością przesłuchałam kilka opowiadań ze zbioru „Zachcianki”, ale na razie mam dosyć; po dwóch opowiadaniach z „Trylogii nowojorskiej” Austera nie jestem pewna, czy warto odsłuchiwać ostatnie). Niestety, znajdują się na dysku, który w części uległ uszkodzeniu i muszę prosić o pomoc w ich odzyskaniu.

Nie uważam swojego gustu za wzór do naśladowania. Wciąż skłaniam się ku powieściom grozy, aczkolwiek w coraz mniejszym stopniu. To, co czytam, musi wpływać na moje emocje, gdyż z przeczytanej czy przesłuchanej lektury zapamiętuję głównie obrazy, które wywołały we mnie sploty słów; same słowa, zwroty, zdania zapamiętuję znacznie rzadziej. Bardzo lubię opowiadania, może właśnie dlatego, że szybko się nudzę. Przerażają mnie długie serie, podchodzę do nich jak do jeża (z paroma wyjątkami). Raczej nie sięgnę po Pratchetta, Martina, Herberta (Franka, nie Zbigniewa) czy cykl „Mroczna wieża” Kinga. Zresztą Kingiem nigdy nie byłam specjalnie zachwycona (przesłuchałam kilka jego historyjek, obejrzałam kilka filmów na motywach napisanych przezeń powieści). Zdecydowanie wolę s-f od fantastyki, nawet tę starą, zjełczałą s-f, której przepowiednie dotyczące rozwoju technologicznego i społecznego w najmniejszym stopniu się nie sprawdziły, albowiem urzeka mnie wyobraźnia jej twórców, podczas gdy fantastyka opiera się na kilku ogranych motywach (oczywiście mogę się co do niektórych pozycji mylić).

Wróćmy jednak do poruszonego wcześniej zagadnienia, czyli duchowego „zgonu” lwiej części literatury. Zaglądam na Onet i co widzę? Spis stu książek, które warto przeczytać. A gdzie wśród nich Cervantes, Huxley, Thoreau, Dumas, Murasaki Shikibu, Wu Cheng’en, Eco, Czechow, Melville, London, Hawthorne, Bułhakow, Hugo, M. V. Llosa, Remarque, Kesey, Palahniuk, Tołstoj, Brontë, Calvino, Fowles...? O naszych rodzimych autorach nie wspomnę. Skoro nie sposób poznać choćby ułamka klasyki, ba!, choćby ułamka tworów z ulubionego gatunku, to czym się kierować, wybierając lekturę? Czy warto ufać zawodowym krytykom czy może raczej recenzentom-amatorom? Czytać opinie internautów czy stosować metodę „szansa dla 20-30-tu stron”? A może wszystko naraz? Tyle arcyciekawych płodów umysłu czekających na kogoś, kto da im szansę, tyle przedziwnych światów do zgłębienia, tyle mądrych refleksji do rozważenia... A czasu, chęci, a niekiedy i możliwości intelektualnych – niewiele.

Dlatego żal mi tych wszystkich zapomnianych książek, tych wszystkich wykreowanych z pietyzmem i fantazją rzeczywistości, które mogłyby dać naszym umysłom odskocznię od szarości dnia codziennego. Naprawdę, współczuję tym biednym, kurzącym się gdzieś w magazynach, na strychach czy w pudłach książkom, w które ktoś kiedyś włożył sporo serca, ktoś inny wydał, licząc na zysk, a one teraz umierają przez zapomnienie. Dotyczy to także książek współczesnych, nie promowanych z taką siłą, co cykl o Harrym Potterze czy namiętnym panu Grey'u. Iluż to całkiem niezłych pisarzy nie poznamy, ile nazwisk wraz z niezwykłymi wizjami, intrygującą fabułą, wartościowym przekazem i soczystym językiem pochłonie nicość, czyli – przekładając na nasze – pies z kulawą nogą ich nie kupi (może poza rodziną autora). Współczuję każdemu, kto miesiącami ślęczał nad kartką czy przed monitorem komputera, wymyślając ciekawy rozwój akcji, dopieszczając zdania, cyzelując dialogi, a jeśli już udało mu się wydać swoje dzieło, uderzyło ono w rozciągnięty w nieskończoność mur obojętności krytyków i niewiedzy potencjalnych czytelników.

Wykop Skomentuj204
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura