Lato; niebo nad Milanówkiem. Fot. Mariusz Koryciński
Lato; niebo nad Milanówkiem. Fot. Mariusz Koryciński
Rymek Rymek
362
BLOG

CZARNY GAWRON ALBO SZTUKA ŻYCIA. RZECZ O "CZTERECH PORACH ROKU"

Rymek Rymek Kultura Obserwuj notkę 0

 

– Tego już za wiele! – Tak dalej być nie może, nie wolno nam tego tolerować! – To godzi w cały nasz zakon! – Już wytykają nas palcami, za chwilę cała sprawa dotrze do papieża! – Tak właśnie (i zapewne na wiele innych jeszcze sposobów) przekrzykiwali się kapłani zgromadzeni na dziedzińcu pewnej bazyliki.
 
Sprawa rzeczywiście była delikatna – oburzała cały stan duchowny XVIII-wiecznej Wenecji. Kto to bowiem widział, żeby w trakcie nabożeństwa znikać w bocznym wejściu zakrystii tylko po to, aby zanotować kilka taktów koncertu? Jak można zapominać tak o swej posłudze, o przyjętych sakramentach! Dlatego gdy  Il Preto Rosso – „Rudy Ksiądz”, jak mówił o nim Bach – po dwóch latach zrzucił habit – wszyscy odetchnęli z ulgą. Co ciekawe, jako powód swojej decyzji nieodpowiedzialny młodzieniec podał dręczącą go dusznicę (dziś powiedzielibyśmy – astmę), która jakoby nie pozwalała mu odśpiewywać mszy w całości. Niech usprawiedliwieniem dla Vivaldiego (bo o nim tu mowa) będzie fakt, że biedaczek wcale nie chciał być księdzem – kapłaństwo zostało wymuszone na nim przez zaradnego ojca. (Miał chłop głowę na karku – gdyby trafił mu się mniej zdolny syn, zapewne już po kilku latach mógłby cieszyć się wysoko usytuowanym, zamożnym dziedzicem. A że trafił mu się akurat muzyczny geniusz? Żegnajcie profity…).
 
Teraz, gdy nie wiązała go już żadna obietnica ani zobowiązanie wobec kościelnych władz (a warto zaznaczyć, iż przygotowania do stanu duchownego rozpoczął w wieku 14 lat) mógł Vivaldi w pełni oddać się temu, z czego znany jest nam do dziś. I kochany – na całym świecie! Któż bowiem nie lubi Koncertu skrzypcowego E-dur – dla niewtajemniczonych – znanego po prostu jako Wiosna? Wystarczy tylko kilka dźwięków tryli i staccata  solowych skrzypiec, żeby przed naszymi oczyma ptaki radośnie obwieściły przybycie wiosny! Tremola smyczków – i już na policzkach czujemy lekki powiew wiatru, zarywającego fale potoku bystro i radośnie… Wszystko to razem układa się w pierwsze po zimowym milczeniu, świeże tchnienie radości i życia:
 
I wnet się rozchodzi nad pola i drzewa
Szmer kwiatów, traw i liści w nowomodnej pysze.
 
Brzmienie altówki imituje wesołe szczekanie: to pies pasterza harcuje po rozkwieconej łące. Prawdziwa wiejska uczta taneczna – radość i zabawa ukazane przez tutti – dźwięki dud i fujarki, niczym echo odbijające się od wysokich, dumnych gór.
 
Pory roku napisane zostały w Mantui ok. roku 1720; wydanie ukazuje się pięć lat później w Amsterdamie – jako cztery pierwsze koncerty z 12 dzieł pod wspólnym tytułem Il cimento dell’Armonia e dell’Invenzione. Dialog pomiędzy popisową partią solistów (swobodniejszą od partii tutti), którym w udziale przypadła rola narracyjna; stosowne komentarze w nutach, zaczerpnięte z czterech sonetów anonimowego autora (być może samego Vivaldiego?), będące rodzajem motta czy wprowadzenia (sam kompozytor zalecał przeczytanie sonetów przed wykonaniem czy wysłuchaniem cyklu); podpisy pod taktami, oddające nastrój opisany w wersach sonetu z właściwym dla baroku realizmem – wszystko to jest świadectwem niewyobrażalnego nawet dla nas nowatorskiego spojrzenia na muzykę. (Niedobry Vivaldi – najpierw wyprowadzał z równowagi jako kontrowersyjny ksiądz, później – jako kontrowersyjny kompozytor. Jedno jest pewne – muzyką odkupił swoje przewinienia z okresu kapłańskiego.) Opisane wyżej „malarstwo dźwiękowe” w przyszłości stanowić będzie podstawowy element warsztatu kompozytorskiego, np. muzycznych impresjonistów.
 
Od strony znaczeniowej Spór harmonii z inwencją wydaje się być ukazaniem człowieka jako części przyrody, podatnej na przemienność cyklu rocznych przeobrażeń świata. Tutti – harmonia, czyli natura (będąca tłem), solo skrzypiec – fantazja, czyli człowiek (jako podmiot narracji) urzekają swoją genialną prostotą. Także ostatni, napisany w pierwszej osobie, sonet (do którego wyraźne nawiązanie widzę w „Zimie” Rymkiewicza), daje jeszcze jeden dowód maestrii Vivaldiego. Pojawiające się tu dysonanse, staccato smyczków i tryle solowych skrzypiec pozwalają kompozytorowi ze zdwojoną mocą osiągnąć taką ekspresję wyrazu, że wręcz słyszymy trzaskający mróz i zgrzytanie zębów zmarzniętego wędrowca. Ale o tej niezwykłej malowniczości była mowa już wcześniej. Co więc zwrócić powinno naszą uwagę w tym wypadku? Co czyni zakończenie cyklu bardziej niezwykłym od poprzednich części?
 
Otóż w Largo zmarznięty wędrowiec skrywa się w pewnym momencie w zaciszu domostwa. Siedząc przy kominku (Gdziem przy łagodnym ogniu pędził błogie chwile) wraca do wspomnień z poprzednich pór roku, podczas gdy w tle, za oknem wciąż pada, pizzicatem ripienistów, śnieżnobiały śnieg… Nagle spokój i ciszę mącą bogowie wiatru (ktoś wszedł do domu, czy wichura otwarła okno?). I choć pozbawiony wszelkiego znaczenia śnieg zapowiada konanie myszy i jeży – a więc zwiastuje rozpad, nieuchronny koniec, czas zamarcia życia ziemskiego – pojawia się promyk nadziei. To czarny gawron (…) posłaniec lata. Symbol odrodzenia w życiu wiecznym.
 
Vivaldi przekracza więc tym samym granicę między sztuką a życiem – i na tym polega niezwykłość ostatniej części jego cyklu. Choć może jest i tak, że kompozytor afirmuje życie – ale właśnie jako sztukę? Kto wie, kto wie…
                                                                                                                                                  
                                                                                                                                                      Katarzyna Mijas
Rymek
O mnie Rymek

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura