Zygmunt Jan Prusiński
LISTY EMIGRANTÓW – PISARZY !
List od Mirosławy Marii Kruszewskiej
Kochany Panie Zygmuncie,
Odpowiem Panu szerzej wieczorem. Muszę bowiem skończyć szybko kolejny odcinek cyklu "O masonerii bez ogródek", który drukuje się aktualnie w „Głosie Polskim” w Toronto. Właśnie mam w pisaniu odcinek nr 23, a będzie ich o wiele więcej, gdyż temat stale się rozrasta. Chyba pokuszę się o książkę.
Serdeczne dzięki za rozpętanie tak pasjonującej dyskusji. Może wreszcie coś się zacznie wokół literatury emigracyjnej dziać. Szkoda, że rozgrzebujemy ją na przykładzie pół-analfabety i oszusta literackiego, któremu wiersze piszą całkiem inni ludzie, ale to też jest pasjonujące wielce.
Proszę pamiętać, Lizakowski nie umie pisać ani po polsku, ani po angielsku. Jest to psychicznie chory człowiek, który dla sławy zrobi wszystko. Nawet najgorsze świństwo.
Jest Pan kolejną ofiarą literackiej mistyfikacji. Proszę tylko spojrzeć. Wszystko jest załatwiane po znajomości, jeden pan drugiemu panu, jedna pani drugiej pani. Tak właśnie działa "system Lizakowskiego". Jest niezawodny !
O mojej znajomości z Czesławem Miłoszem i o jego stosunku do Lizakowskiego mówiłam przy innej okazji.
Mieszkałam w Wiedniu w latach 1983-1988. Jakoś ani ja o Pańskim stowarzyszeniu literackim nigdy nie słyszałam – nawet od p. Zofii Reinbacher, która prowadzi Polnische Buchhandlung, w Wiedniu przy Burggasse 22 – ani Pan o mnie nie usłyszał i nie odnalazł. Byli tam jeszcze na miejscu liczni inni literaci, do których Pan nigdy nie dotarł, choć miał ich Pan pod samym nosem i nie na Alasce.
O czym to świadczy ?
Że spostponował Pan nazwisko mojego przyjaciela, Marka Hłaski, dla jakiegoś obrotnego grafomana. Tego Panu historia literatury nie daruje.
Poza "ochami" i "achami" nad Lizakowskim w obecnej, ogłupiałej kompletnie kulturowo Polsce, następuje zdecydowany odwrót. Okazuje się, że wielu kumotrów wycofało się z klaki, a inni ścigają tego niby - "poetę" za wyłudzone pieniądze oraz inne drobne oszustwa.
Jak widać, z tymi poetami, to trzeba bardzo ostrożnie.
I z tymi nagrodami takowoż.
Bardzo ostrożnie trzeba je rozdawać i jeszcze ostrożniej akceptować.
Bo można wpaść, jak ta przysłowiowa śliwka w... Pańską nagrodę.
Ukłony !
Mirosława Kruszewska
Seattle, 2008
______________________________________________
Odpowiedź:
ZIARNO W LITERATURZE NA EMIGRACJI. WSPOMNIENIA
Droga Pani Mirosławo, na początek proponuję książkę napisaną przez Prof. zw. dr hab. Władysława S. Kucharskiego pt. "Polacy i Polonia w rdzennej Austrii w XIX i XX wieku", Lublin - Wiedeń 1994.
Otóż z dniem 7 Lipca 1994 roku wróciłem po 13 latach (na przesiedlenie) do kraju. Fizycznie, autor tej książki nie mógł się ze mną spotkać. Szkoda. Bo z p. Władysławem Kucharskim bym sobie porozmawiał więcej. A tak to napisał w tej książce o mnie, ale to są tylko strzępy. Podejrzewam że te informacje przekazała mu pisarka i felietonistka Barbara Świdersky - z którą się w Wiedniu przez całą emigrację kumplowałem. Mieszka w 2 dzielnicy Wiednia przy Wien Nord.
Pani Mirosławo, mnie w stolicy Straussa i Falco emigracja polska znała. Byłem zawsze widoczny. I pani Zosia Reinbacher także. Ile to ja razy byłem tam w tej maluteńkiej księgarni na Burggasse 22. Pamiętam, w okresie stanu wojennego w Polsce, więc od razu w 1982 roku przyjechałem z Obozu dla Uchodźców w Traiskirchen odnaleźć tę księgarnię. Pani Mirosławo, proszę mi wierzyć, ja "żyłem" Polską ! A na emigracji nie chciałem być osobą anonimową. Więc moja rola animatora w kulturze i polityce była widoczna. Najpierw środowisko przy kościele na Rennwegu. To ksiądz Edward Lipiec podarował mi kilkadziesiąt książek poukładanych w walizce skórzanej, jak się dowiedział że jestem pisarzem - poetą. Kilka razy pomagałem mu (w służbie dla Pana Boga) ministrować. Historia z krzyżem w kościółku w czasie Drogi Krzyżowej jest warta opisania. Ale to przy okazji. Drugą taką Wyspą była redakcja i środowisko przy tygodniku "Wiadomości Polskie". Pamiętam te początki., potem rozłam: Solidarność i Solidarność 80. UB-ecja dobrze tam zadziałała. Stefan Detko, redaktor NOW@: nowamedia@interia.pl może poświadczyć. Ba, pamiętam nowo tworzące się Forum Polonia, byłem na pierwszym zebraniu. Chodziło o to, żeby nad wszystkimi stowarzyszeniami w Austrii czuwał "Duch", ale nie Pański... Wybrany został jako prezes tego Forum, hrabia Ledóchowski. Ja wtedy jako przewodniczący reprezentowałem Korespondencyjny Klub Pisarzy Polskich.
Nie wiem czy Pani spotkała się z hrabiną Gabrielą Rękowsky z Wiednia. Otóż ta starsza pani, (chyba tak) lubiła moje wiersze. Te mówiące o Polsce. Kilka razy zaprosiła mnie na obiady lub kolacje. Przyjeżdżał po mnie jej osobisty kierowca do "Domu Polskiego" na Saleziannengasse, tuż przy hotelu "Intercontinental". To tam, przy schodach spotkałem tow. Józefa Cyrankiewicza. - W ogóle się nie zmienił. U grubasów tak jest. Jak wyszedł z czarnej limuzyny przy czerwono-bordowym dywanie, to o mało nie padłem z wrażenia, i tylko tyle mu powiedziałem: Ty jeszcze nie zdechłeś ! Nie odpowiedział były pierwszy kapitalista - komunista w PRL, zaraz po II wojnie światowej. Czy Pani wie, że on miał swoje fabryki w latach 50-tych ? W Polsce Ludowej do socjalistycznego narodu darł mordę: "Wrogiem Socjalizmu w Polsce jest zachodni imperializm"! A kasę przerzucał do Austrii i Szwajcarii.
Pisze Pani o literatach, że byli. Tak, wiem że byli. Ale jakoś nikt nie utworzył środowiska żeby się integrować. W obozie dla uchodźców był na przykład Marek Łyżwa z Warszawy. I nie spotkałem się z nim, a przecież przy bramie Obozu... kolportowałem prasę emigracyjną: "Wiadomości Polskie" z Wiednia, "Sprzeciw" ze Szwecji, "Orzeł Biały" z Anglii, "Czas Solidarność" z Canady, "Kalendarz Polski" z USA - z Filadelfii, "Listy do Polaków" z Chicago - redaktorem był Czesław Malczewski. Piosenkarz M. Łyżwa wyemigrował do RPA. Pamiętam jak brałem udział w klubie "Remont-Riwiera" w Warszawie na Festiwalu Piosenki Studenckiej - wówczas mieszkałem w Otwocku. Nigdy "studentem" nie byłem, więc zakradłem się na scenę i zaśpiewałem przy akompaniamencie gitary jedną z moich napisanych ballad. Wtedy udział brał też Jacek Kaczmarski. Ale Marek Łyżwa odśpiewał przepiękną balladę, pamiętam tę jego melodię, a słowa są takie:
Jeśli z ziemi wykopiemy wielki kamień,
to niech zostanie, będzie nam pod głowę.
Przyłożymy ucho, posłuchamy co w środku,
szumiąca rzeka, i stukot końskich kopyt.
Piękny głos - tenor ma Marek, pomagała mu wywalczyć kwalifikację jego żona i kolega - jako zespół do finału w Krakowie. Oczywiście J. Kaczmarski też się zakwalifikował, tylko nie ja, bo nagle komisja tego konkursu zorientowała się, że nie prezentuję żadnej uczelni, więc otrzymałem dyskwalifikację !!! Z Markiem zamierzaliśmy utworzyć nowy zespół wokalno-muzyczny; były takie wspólne plany.
Pani Mirosławo, w tym samym czasie co ja, zjechało się bractwo na Zachód. Adamowi Lizakowskiemu też zapachniał "Zachód"! Cholera ! Poeci uciekali z Polski. - Czyżby to Duch... Norwida, Słowackiego, Mickiewicza ?
Pozdrawiam Serdecznie Panią i Rodzinę !
Zygmunt Jan Prusiński
Prezes Stowarzyszenia "Biały Blues Poezji"
Ustka. 10 Września 2008 r.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)