0 obserwujących
5 notek
8387 odsłon
  853   0

ROZBITE AKWARIUM

Oba problemy: masowości i elitarności trzeba rozwiązać łącznie w ramach jednego systemu szkolnictwa wyższego. Ponieważ trudno sobie wyobrazić, by nakłady państwa na szkolnictwo wyższe wzrosły skokowo, konieczne jest sięgnięcie do środków prywatnych w obszarze kształcenia masowego oraz skoncentrowanie nakładów państwa i środków europejskich na uczelniach elitarnych. Nie ma się bowiem co łudzić: jeżeli elitarne ośrodki akademickie mają doganiać europejską czołówkę, to muszą być finansowane na porównywalnym poziomie.

Rodzą się w związku z tym dwa fundamentalne pytania: gdzie realizować i jak finansować kształcenie masowe oraz na jakiej zasadzie tworzyć prawdziwie elitarne wydziały lub instytuty. Utworzenie bowiem całych wielkich uczelni o wyraźnie elitarnym charakterze wydaje się w krótkim czasie mało prawdopodobne. Należy jednak do tego dążyć. Sądzę, że w tych elitarnych jednostkach możemy kształcić 100-200 tys. młodzieży.

Do masowego kształcenia najbardziej nadają się uczelnie prywatne, gdzie koszty kształcenia na poziomie licencjackim i magisterskim, a także niekiedy doktorskim, są znacząco niższe. Warunkiem jest jednak efektywna kontrola jakości kształcenia. Uczelnie te muszą pobierać czesne. Ono bowiem powinno być podstawowym źródłem ich przychodów. Aby jednak stało się zadość konstytucyjnemu zapisowi, proponuję pulę państwowych stypendiów pokrywających 100% czesnego, dostępnych w drodze centralnego konkursu. Takie stypendia nie powinny być jednak zbyt łatwo dostępne. W miarę wzrostu zamożności społeczeństwa wykształcenie wyższe staje się bowiem w coraz większym stopniu dobrem prywatnym, ponieważ (na szczęście!) znacząco poprawia pozycję absolwentów na rynku pracy i podnosi ich możliwości zarobkowe. Jest więc rzeczą normalną, że beneficjenci tych korzyści ponoszą część kosztów ich wytworzenia. Aby zapewnić masowość kształcenia, należy zorganizować system naprawdę łatwo dostępnych kredytów studenckich gwarantowanych przez państwo oraz utrzymać system stypendiów socjalnych. Uczelnie powinny ponadto jak dotychczas zachować możliwość aplikowania o granty badawcze oraz dotacje inwestycyjne. Rodzi się oczywiście pytanie, w jaki sposób przestawić uczelnie państwowe na taki tryb funkcjonowania? Możliwe są dwie drogi: prywatyzacja pracownicza, czyli przejęcie uczelni przez jej kadrę, lub „komercjalizacja”, będąca swoistym odpowiednikiem przekształcenia przedsiębiorstwa państwowego w spółkę Skarbu Państwa. W obydwu przypadkach władze uczelni muszą uzyskać pełną menedżerską kontrolę nad jej majątkiem oraz możliwość optymalizacji zatrudnienia i płac. Trzeba jednak skutecznie zabezpieczyć majątek uczelni przed „wyprowadzeniem”. Efektem takich rozwiązań powinno być utrzymanie masowości kształcenia na dotychczasowym poziomie i wielokrotne obniżenie ponoszonych na ten cel wydatków państwa.

Uzyskane w ten sposób oszczędności uzupełnione o dodatkowe środki (m.in. z funduszy europejskich) powinny być przeznaczone na kształcenie elitarne przede wszystkim (choć nie wyłącznie) na poziomie magisterskim i doktorskim w dwóch językach: po polsku i po angielsku. Powinny to być studia całkowicie bezpłatne, a ponadto oferujące młodzieży atrakcyjne stypendia i warunki socjalne. Uposażenia kadry powinny kształtować się na średnim poziomie europejskim z możliwością oferowania specjalnych kontraktów uczonym o największych osiągnięciach. Zarówno rekrutacja studentów, jak i kadry z kraju i z zagranicy powinna dokonywać się na zasadzie konkurencji i przejrzystego konkursu. Kadra powinna być zatrudniana wyłącznie na czasowe kontrakty i podlegać co roku rygorystycznym ocenom. Rektorzy i kierownicy jednostek powinni otrzymać wyraźnie sformułowane zadanie odpowiedniego uplasowania ośrodka na międzynarodowym rynku edukacyjnym. Władza rektorów i dziekanów powinna być znacznie wzmocniona, a senatów i rad wydziałów ograniczona (do spraw programowych i naukowych). Rektorami, dziekanami i kierownikami jednostek powinni być nie tyle wybitni uczeni (szkoda ich na to!), ale raczej wybitni menedżerowie nauki (z doktoratem, ale niekoniecznie z habilitacją), precyzyjnie rozliczani z efektów. System powinien być otwarty w tym sensie, że licencjaci i magistrowie absolwenci kierunków „masowych” mogą aplikować do „elitarnych”, podobnie jak kadra, o ile osiągnięcia naukowe na to pozwalają, może i powinna aspirować do zatrudnienia w jednostkach „elitarnych”. Sam doświadczyłem kiedyś takiego awansu, przenosząc się z Central Connecticut State University do University of California, Los Angeles (UCLA).

Pozostaje oczywiście kapitalne pytanie: w jaki sposób utworzyć „elitarne” kierunki i w przyszłości uczelnie? Można sobie wyobrazić trzy rdzenne strategie:

Pierwsza to „strategia puzzli”. Polega ona na tworzeniu swoistej układanki: eliminacji przez uczelnie aspirujące do statusu elitarnych słabych kierunków, zespołów badawczych i uczonych oraz zastępowaniu ich silnymi o znacznym potencjale publikacyjnym i pozycji międzynarodowej. W warunkach funkcjonowania demokracji akademickiej wynik takich działań wydaje się jednak raczej niepewny.

  • Drugą strategię można określić jakogreenfield operations,czyli: „od zera”. Polega ona na utworzeniu zupełnie nowej jednostki (uczelni) i „skaperowaniu” do niej wybitnych uczonych z kraju i z zagranicy oraz budowaniu wokół nich zespołów badawczych i kierunków studiów. Wadami takiego podejścia są koszt i czas realizacji. Zaletami zaś są tworzenie od nowa kultury organizacyjnej oraz ukształtowanie jednostki według z góry założonego projektu.

  • Trzecią strategię można określić jako „rodzynki w cieście”. Polega ona na organicznym „hodowaniu” silnych jednostek klasy międzynarodowej wewnątrz większych uczelni. Jest to proces naturalny, ale powolny i nie gwarantuje szybkiej poprawy międzynarodowej konkurencyjności tych uczelni.

 

Możliwe jest oczywiście jednoczesne zastosowanie wymienionych strategii. Wszystkie mają jednak charakter „wyspowy” i jako takie są narażone na opór, zwłaszcza środowisk akademickich, które przestrzegają własnych, tradycyjnych stratyfikacji i hierarchii wpływów, prestiżu oraz dostępu do środków („kolejności dziobania”). Prawdziwych reform nie realizuje się jednak bez oporu. I dlatego prawdopodobieństwo rychłego przełomu w polskim szkolnictwie wyższym nie jest zbyt wysokie. Prędzej czy później trzeba będzie jednak jakoś posprzątać po rozbitym akwarium. Tylko kto to zrobi?

 

Lubię to! Skomentuj42 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Technologie