4 obserwujących
79 notek
18k odsłon
  250   0

Mataczenie ma znaczenie

Cały świat wstrzymał oddech. Jodły przestały szumieć na gór szczycie. Rwące rzeki przestały rwać. Wróble przestały ćwierkać. Nieloty opuściły samoloty. Opuszczone samoloty nie wzniosły się. Za to on wzniósł się na wyżyny. A wszystko to, gdy Matczak Marcin – zhabilitowany doktor (ale jeszcze nie leczy w szpitalu w Leśnej Górze) – napisał do redakcji Tygodnika Powszechnego (tu zalecana jest szczególna uwaga!), że „Uważają się Państwo za redakcję czasopisma powszechnego, katolickiego, a jednocześnie tłumią dyskusję. Niby promują Państwo krytykę i odwagę myśli, ale tylko w jedną stronę. To nie jest otwartość, z powodu której wiele lat temu zacząłem Tygodnik czytać, a następnie z dumą dla niego pisać. To standardy tabloidu”[1].

Spocznij. Wolno oddychać. Warto oddychać. Świat wrócił do normalności. Jest tak, jak było. Chociaż nie, jednak nic już nie jest takie, jak było. Jodły szumią, ale jakby inaczej, choć wciąż na gór szczycie. Rwące rzeki rwą, ale i w stawach coś niecoś rwie. Wróble ćwierkają, ale jakby nie tak entuzjastycznie. Nieloty, które opuściły samoloty poszły do roboty, bo roboty jeszcze nie są w stanie zastąpić nas we wszystkim. Mimo że nieloty nie mają ochoty, ręce same – nawet porządnie odkażone – wznoszą się do oklasków. Wznoszą się z ziemi, gdzie opadły.

Właściwie zawsze opadają, gdy ten doktór zhabilitowany zabierał głos – nie wróblom, acz publicznie. Jak po tym jego komentarzu na temat raportu Patryka Jakiego na temat przepływów finansowych Poska-UE. Wielu popisywało się wyszukiwaniem „wielkich błędów” w tym raporcie, ale nikt nie odważył się stwierdzić wprost, że Polskę wzięliśmy za darmo od Unii i mamy ją Unii oddać: „Gdyby Patryk Jaki wziął od was za darmo samochód, a potem płacił wam za paliwo, by nim jeździć, to po paru latach uznałby, że nie musi go oddawać, bo wystarczająco zarobiliście na benzynie". I ktoś taki jest profesorem...


image

(zdjęcie z twittera)


Ten tfurczy człowiek, tfurca pojęć „depisizacja” i „ziobroza” (jak tfurczo nazywa chorobę, która szerzy się w TymKraju), tworzy lub współtworzy nową rzeczywistość. Rzeczywistość równoległą do tej rzeczywistej. Ale będąc w tej swojej rzeczywistości wydaje mu się, że to ta rzeczywista jest nierzeczywista, niedorzeczna, a ta jego to jedyna słuszna i prawdziwa.

A zatem Matczak Marcin, profesor (hłe, hłe, Meellechowicz), od wielu lat czyta Tygodnik i nie zauważył, że od dawna już „promują krytykę i odwagę myśli, ale tylko w jedną stronę”? Zdumiewające... nie, nie, to „normalka”. Tacy ludzie widzą tylko to, co chcą zobaczyć, a problemy są tylko tam, gdzie oni je widza. TK od dawna nie jest już pismem katolickim i od dawna nie warto go czytać. Czasy, gdy publikował w nim felietony „Kisiel” to zamierzchła przeszłość. To se ne wrati, pane Havranek... pardon, panie Matczak.

O co właściwie poszło? O felieton Jacka Podsiadły "Rapcio i ojcio"[2], opublikowany w „Tygodniku Powszechnym". Profesor żali się, że tekst jest „żenująco niskiej jakości”, a mimo to jest promowany „w mediach społecznościowych mocniej niż tekst o pladze samobójstw wśród młodzieży”. Poza tym, nie dano profesorowi (publikującemu wszak w tym piśmie) szansy na polemikę (w numerze, w którym ukazał się tekst Podsiadły) – a przecież tak "zrobiłaby porządna redakcja dbająca o pluralizm opinii", a potem nie pozwolono mu opublikować odpowiedzi na łamach „TP”. „To już nie jest sprawa dotycząca wyłącznie mnie, ale sprawa wolności słowa” – grzmi Matczak. Klękajcie narody!


Jebane młotki zostawcie nasze schodki

My tu tylko pijemy to piwo i palimy lolki

No sorki, że byliśmy trochę głośni

Nana-nana-nanana...[3]

(raper Mata / „Schodki”)


I w to mi graj. Nie, przeciwnie, ja nie lubię utworów na tę nutę. Ale naiwnych odsyłam do interpretacji groove.pl[3]. Może stanie się wtedy oczywiste, dlaczego prof. Matczak deklaruje swoją bezradność w „hitowej” książce „Jak wychować rapera”. Podsiadło pisze w „TP”: „Zdaniem ojca-konstytucjonalisty raper Mata, kupując na Orlenie i łojąc nad rzeką browary, ratuje poetów od śmierci z rąk najeźdźcy. Joł!”. Bez komentarza. Jedno jest w tej aferze optymistyczne. Profesor Marcin ogłosił – urbi et orbi – że nigdy już nie opublikuje tekstu w „Tygodniku Powszechnym”. Miejmy nadzieję, że to pierwszy krok (jak do zakochania). Pozostałe dwa to: „nigdy już niczego nie opublikuję” oraz „nigdy już niczego nie powiem”. Trzymajmy kciuki (ja mam dwa) za konsekwencję. W końcu nie możemy mu zabronić – żyjemy w wolnym kraju.

A skoro tak, to przypomnijmy inne „dokonania” doktora zhabilitowanego-konstytucjonalisty. warto zacząć od jego scysji z blogerem Matka Kurka. Pan Matczak, korzystając z wolności słowa napisał wtedy:


Kiedyś mówiłeś, że twoja córka idzie na prawo do Wrocławia, prawda? Wyślę ten twój defekacyjny tekst moim kolegom z Wydziału i poproszę, żeby go omówili na zajęciach w Jej grupie jako przykład mowy nienawiści. Zobaczymy jak będziesz piszczał, jak wróci do domu [4]. (Marcin Matczak, profesor domniemany)


Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale