Byłem na Księciu Półkrwi. Recenzji pisać nie zamierzałem i nie zamierzam. Bajeczka jak bajeczka - chyba już z niej wyrosłem, choć emocjonowała mnie wtedy, gdy i Myszaki były małe i każdą księgę przeżywały na maksa. Cokolwiek zresztą napiszą recenzenci - kto ma pójść, ten pójdzie. Widziałem pięć części, więc poszedłem na szóstą i pewnie pójdę na obie połówki siódmej.
Gdybym nawet chciał przeżywać film - nie dałoby się. W kinie komplet, głównie przedział wiekowy na oko 15-18 (a seans po północy!), głównie panienki. Sam zresztą byłem z dwiema piętnastkami - córą i jej qmpelą. Atmosfera piknikowa: gwar, rechot, chrzęst pop cornu, błyski ekranów komórek, szelest papierków itd.
Im groźniej na ekranie - przynajmniej w zamierzeniu reżysera - tym głośniejszy rechot publiki. Najgłośniejszy towarzyszył jednak scenom, hm, miłosnym. Nie, to nie absurdalnie przegięta adoratorka Rona stymulowała rechot, lecz powolne kumanie Rona i Harry'ego, o co też tym babom może właściwie chodzić.
- Cicho, dzieci - rzekłem po kwadransie głosem słyszalnym chyba w promieniu 10 metrów - bo Snape przyjdzie. Zamiast ciszy - zapanował rechot jeszcze większy i nie umilkł, gdy Snape naprawdę przyszedł. Groza.
Moja córa twierdzi, że sala rechotała nie z filmu, lecz z panienki siedzącej za nami i z jej istotnie wyjątkowo debilnych oraz bewstydnie głośnych komentarzy. Gdy próbując przekonać prof. Slughorna do ujawnienia tajemnicy Horkruksów, Harry grobowym głosem przypomniał, że chodzi przecież o pokonanie Voldemorta - On zabił moich rodziców! - panienka skwitowała krótkim: -Wow!
Otóż to.
---
Harry Potter and the Half-Blood Prince, reż. David Yates, USA-GB 2009
Inne tematy w dziale Kultura