Od czasu do czasu należy odwiedzić starą Matkę. Pogładzić po głowie, spędzić u niej pół godziny, posłuchać jej marudzenia. Koszt niewielki, a radość dla Matki tak wielka, że aż trudna do pojęcia.
Najlepiej łączyć przyjemne z pożytecznym. Dziś wpadłem, by przy Matczynym laptopie siedząc popełnić ten post. Aby skonfrontować wspomnienia o czymś, o czym sam tylko słyszałem, bo nie było mnie jeszcze na świecie.
Napisałem w poprzednim poście, że Agrykola była dla Matki nieledwie źródłem utrzymania. Ani zawodowa siatkówka, ani siatkówka plażowa nie są wynalazkiem lat ostatnich. W latach 50. na Agrykoli często grywano w siatkę parami, na boisku 6x6 m. I nawet na piasku - takie to były boiska.
Matka miała wtedy na studiach dobrego kumpla. Nazwijmy go tu Bartkiem - to nie jest jego prawdziwe imię. Nasze drogi rozeszły się w 1980, gdy on wybrał PZPR i uciął kontakty. Przez lata był wszakże przyjacielem rodziny.
Bartek miał prawie dwa metry wzrostu i był siatkarzem dość wszechstronnym. Matka zaś, mimo swych niespełna 160 cm i niepozornego wyglądu, świetnie rozgrywała i wystawiała. Stanowili parę idealną do gry na Agrykoli.
Zasada była prosta: ktokolwiek przyszedł, by się przechwalać, jak to on nie gra - dostawał propozycję zagrania parami na pieniądze. Przed meczem stówa pod kamień leżący przy słupku - i do dzieła. Raz czy dwa udało się nawet Matce i Bartkowi skutecznie wyzwać chłopaków z pierwszej szóstki CWKS (dziś Legia). A CWKS był naówczas mistrzem Polski.
Chłopcy byli nieźli, to prawda. Przy niedzieli, wobec licznych wśrółd publiki panienek, każdy chciał się popisać. Uderzali z niemal każdej pozycji, a bili - jak to w lidze - na metr dziewiąty. Na aut.
Po drugiej stronie panowała idealna dyscyplina podporządkowana zdobyciu stówy. Gdziekolwiek zaserwowali przeciwnicy, odebrać musiał Bartek. Matka precyzyjnie wystawiała mu piłkę, a on bił obok spóźnionego zwykle bloku przeciwinika, bezlitośnie, w szósty metr. Łatwo wyobrazić sobie wściekłość chłopców z CWKS po przegranej 0:3. Grali, jak to wtedy, do 15 pkt w secie, ale strata piłki przy serwie nie dawała punktu przeciwnikom.
Źródło utrzymania to pewnie przesada, ale nawet raz na miesiąc zdobyta na Agrykoli stówa piechotą nie chodziła. Zwycięstwa z CWKS-owcami były wszakże też źródłem największej satysfakcji sportowej w życiu mej Matki. Grała w siatkę w Warszawiance i wraz z nią wywalczyła nawet wprawdzie awans do II ligi, ale w II lidze nie zagrała, bo przytrafił się jej urlop macierzyński. A gdy już mnie nieco odchowała, już jej do drużyny nie przyjęli...
PS. Dziś także: W sprawie Pani Ani - szkoda
Inne tematy w dziale Rozmaitości