Nagle zrobił się wielki hałas: Jarosław Kaczyński poda się do dymisji. Nie tylko za tydzień, jako premier, wraz z rządem - także za półtora miesiąca, jako prezes PiSu. Sensacja? Taka sobie. Sześć dni temu sam dość jasno to zapowiedział ogłaszając, że nie wyklucza zwołania nadzwyczajnego kongresu partii jeszcze w tym roku.
W myśl statutu PiS odbywa kongresy nie rzadziej niż co cztery lata, następny więc nie później niż w 2010 r. Zapowiedź premiera oznaczała ewidentnie, że czuje on potrzebę uzyskania swoistego votum zaufania, poddania się plebiscytowi w partii. Wspomniałem o tym parę razy na antenie TVP3, ale nikt wątku nie podchwycił, bo gdzie indziej tyle się działo. Dziś dzieje się mało, więc jako rodzaj sensacji media przedstawiają nam fakt, że Kaczyński zamierza odwołać się do mechanizmu demokratycznego, który stosuje się na świecie powszechnie. Liderzy państwowi i partyjni, gdy po jakiejś porażce czują, że ich pozycja osłabła, ale wciąż jest silna - proszą o votum zaufania, by rozliczyć się z porażki, zamknąć ten rozdział i z czystym kontem otworzyć nowy.
Przed chwilą pytałem Jacka Kurskiego, czy raczy potwierdzić, że o to chodzi. Odparł nie wprost, w zasadzie potwierdził, ale zakończył pytaniem: czy pozycja Jarosława Kaczyńskiego w partii może być jeszcze mocniejsza? Otóż sam zainteresowany najwyraźniej uważa, że może.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)