Jak żyję, od 1989 nie pamiętam, by Sejm uchwalił budżet przed dobranocką. Jak żyję, od 1989 nie pamiętam, by opozycja - ktokolwiek nią był - nie grała na czas, nie zadawała dramatycznych pytań, czemu rząd i koalicja nie chcą dać głupiego pół miliona na remont przychodni w Pipidówce Środkowej.
97% poprawek brzmiało mniej więcej tak właśnie. Przepadały jedna za drugą. Sejm zresztą w sprawie budżetu może niewiele - ma prawo uchwalić projekt rządu i pozmieniać w nim ułamki. Ale teatr budżetowy był zawsze. Kto dziś pamięta milion poprawek posła Macieja Manickiego z SLD za rządów AWS?
Ale oto Sejm obecny z teatru zrezygował. I to na wniosek opozycji! To PiS zaproponował wręcz, by jego poprawki lokalne - 90% ogółu - przegłosować łącznie. Byłoby to bezprawne, bo każdy poseł mógłby potem poskarżyć się do TK i wygrałby na bank. Gdy wycieczka wpada do restauracji, może dostać jednolite menu. Ale gdy jest to wycieczka posłów, to choćby wyboru nie było, choćby było jasne, że wszyscy zamówią to samo - każdy musi mieć formalną możliwość wyboru. Bo inaczej Trybunał.
Zgodzono się wszakże na rezygnację z czytania treści poprawek. Tylko numer - i głosowanie. Numer - głosowanie. Pytań właściwie nie było. Zrobili cały budżet w cztery godziny i zdążyli na dobranockę w TV.
Trochę teatrzyku było potem przy specustawie stoczniowej, ale i tak jestem pod wrażeniem. Oto głosowanie było głosowaniem. W polskim Sejmie.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)