Krzysztof Leski Krzysztof Leski
105
BLOG

Mój 13 grudnia na żywo

Krzysztof Leski Krzysztof Leski Polityka Obserwuj notkę 72

W sobotę 12 grudnia 1981 nastrój miałem kiepski. Wielotygodniowy strajk studencki właśnie się skończył. Dlaczego? Tego nie rozumieliśmy, bo nie dość, że władze nie spełniły pierwotnych postulatów strajku, to jeszcze na początku grudnia siłą, z użyciem helikopterów i komandosów, spacyfikowały strajk w Wyższej Szkole Oficerów Pożarnictwa.

Pod wieczór dotarłem na Saską Kępę - na imprezę pod nazwą "Stypa po strajku". Spotkało się grono wydające "Gazetę Strajkową". Grono z kilku warszawskich uczelni, a słowo "redakcja" byłoby nie na miejscu, gdyż przez parę tygodni w salce koło bramu Uniwerka koczowali razem ci, którzy gazetkę tworzyli, i nieocenieni studenci medycyny, łądujący nam w żyłę glukozę, byśmy nie padli. W redakcji pracowała między innymi Kasia Dowbor i Paweł Smoleński...

Gazeta sama w sobie była zjawiskiem ciekawym, i nie do końca chwalebnym. O jej powstaniu zadecydowało NZS na szczeblu ogólnowarszawskim, wydając zarazem... zakaz publikowania gazetek uczelnianych bądź wydziałowych. Zakaz, jeśli pomnę, rychło cofnięty. Ale "Gazeta Strajkowa" już ruszyła.

Impreza trwała, gdy na lekkim rauszu, około dziesiątej, wyruszyłem do tramwaju i pojechałem do siedziby Zarządu Regionu "Solidarności". Skończył się studencki strajk, skończył się mój nieformalny urlop z Agencji Solidarność. Miałem nocny dyżur przy serwisie teleksowym - w Gdańsku obradowała wszak Krajówka. Wiedziałem już, że od południa duże siły ZOMO stacjonują w pobliskim kinie "Klub". Ale pod budynkiem ich nie było. 22.30. Wchodzę do gmachu ZR i pnę się do siedziby ASa na III piętrze. W naszej kanciapie zastaję Małgosię Pawlicką oraz - niespodziewanie - także Helenę I Witka Łuczywów oraz bodaj Joasię Szcżesną.22.35. Prowadzimy dość niezobowiązującą rozmowę o zgrupowaniu ZOMO.22.40. Jestem, jako się rzekło, na lekkim rauszu, więc bardzo satysfakcjonuje mnie ustalenie, że niczym się zanadto nie przejmujemy i robimy swoje. Co zresztą moglibyśmy zrobić?22.50. Chyba powinniśmy około tej pory skończyć i rozesłać kolejny teleksowy serwis. Ale za diabła nie pamiętam, czy to zrobiliśmy. Z Gdańska, i nie tylko, też nadchodziły najróżniejsze sygnały, że dzieje się coś niestandardowego, że władze coś knują. Ale myśmy naprawdę w ogromnej większości w żaden stan wyjątkowy nie wierzyli.Współczesność: za chwilę kończę audycję i jadę do domu. Wpiszę więc mały kawałek "awansem", by z domu kontynuować relację na żywo.

23.15. Budy i suki (stary i nyski) z zomowcami blokują Mokotowską - jej wylot na Plac Zbawiciela i skrzyżowanie z Koszykową.

23.30. Łuczywowie i Joaśka wychodzą tylnym wyjściem na podwórka, którymi można przejść na Koszykową. Pamiętam, że krzyczałem za nimi, by wracali, bo w środku będziemy bezpieczni. Zupełnie nie pamiętam,o czym rozmawialiśmy wcześniej. Pewnie zmienili trochę zdanie o tym, do czego jest zdolny Jaruzelski. Ja - nie. Jeszcze nie.

23.35. Słabo pamiętam kolejne minuty. Może mijały szybko, może wręcz przeciwnie, wlokły się okrutnie. Na pewno byłem dość przejęty. Ochota do pracy trochę mi przeszła - wpadałem na górę, by dowiedzieć się, czy zeszły jakieś ciekawe wieści z teleksu, zbiegałem na dół, by wyjrzeć, co porabia ZOMO. Nic nie porabiało, w każdym razie nie było widać.

23.40. Ciekawe, o której wyłączyli nam telefony. Na pewno dużo wcześniej niż ogółowi. Na pewno wtedy już nie działały. Potem zdechł chyba teleks.

23.45. W budynku Zarządu Regionu zostało jakieś 30-40 osób. Część miała dyżur w ramach wprowadzonej parę dni wcześniej dyrektywy, by pilnować po nocach związkowych siedzib. Tak było chyba w całym kraju. Tak zresztą jak podczas każdej gotowości strajkowej. Bo wszak czuć było, że czerwony coś knuje. Ale przecież nie stan wyjątkowy!

23.50. Spotykając się przy drzwiach wejściowych zapewne - jak mogłoby być inaczej - na okrągło próbowaliśmy zgadnąć, o co chodzi. Nie pamiętam jednak kompletnie niczego. Szkoda.

23.52. Jestem właśnie na dole, gdy ZOMO rozbija drzwi. Chyba  zresztą nie były zamknięte. WCHODZĄ. Zmykam na górę do naszej kanciapy.

23.53. Nie pamiętam, gdzie poszła Małgosia - w kanciapie chyba byłem sam, gdy wpadł do niej zomowiec. Chwycił mnie za rękę i oznajmił, że mam z nim iść. Ale na parapecie leżała moja kurtka. Uznałem, że może mi się przydać.

23.54. Było wszak zimno, a jakoś czułem, że nie chodzi o pogadankę na miejscu. Zomowiec nic nie mówił i łagodnie ciągnął mnie do wyjścia. Dałem mu więc łokciem w żoładek. Był wyższy o głowę, więc zbaraniał. Wziąłem kurtkę i poszedłem za nim. Chyba zrazu na parter.

23.58. W końcu ZOMO ustaliło, że mają nas zgromadzić w dużej sali na IV piętrze. Troszkę to potem trwało, zanim spędzili tam wszystkich. Przez czas jakiś nic się nie działo. Zdaje się, że zabronili nam rozmawiać, co jednak nie mogło być skuteczne.

ok. 0.15. Wyznaję, że dość dokładnie pamiętam tylko tych parę minut, tuż po ich WEJŚCIU. Teraz godziny będą tylko orientacyjne. Tak siedzieliśmy sobie, niby nie rozmawiając - i domagaliśmy się, by przyszedł jakiś dowódca i wytłumaczył się, co jest grane. W końcu przyszło takie coś nieco starsze stopniem i powiedziało, że nic nie jest grane i mamy sobie czekać. Wynikało z tego, że nie jesteśmy ani zatrzymani, ani aresztowani, ani w ogóle żadni - z tym, że chwilowo mamy siedzieć i milczeć i nie możemy wyjść.

ok. 0.30. Stanęło na tym, że coś nam wolno - palić. Tedy paliliśmy. Któż by się domyślił, że należało oszczędzać papierosy? Oszczędzaliśmy o tyle, o ile oszczędzaliśmy od paru miesięcy, bo o papierosy na rynku było trudno.

ok. 0.40. Czy to w szkole, czy w takiej sytuacji - człek chwilowo pozbawiony wolności lubi testować nadzorców. Nagle wszystkim strasznie się chce siku. Otóż słabo pamiętam, co oni na to. Chyba łaskawie eskortowali do kibla kilka osób, które uznali za najbardziej na to zasługujące.

Współczesność: pamięć zawodzi mnie bardziej niż mi się zdawało, gdy porywałem się na ten post. Ponadto, salon24 już prawie śpi. Przyspieszę więc tempo narracji. Wydarzenia, o których teraz mówię, miały kilkudziesięciu świadków. Niemal wszyscy żyją. Może więc ktoś uzupełni...

ok. 1.30. To było najbardziej niezrozumiałe wydarzenie tej nocy. Wtedy nie wydawało się takim, dziś jest tym bardziej absurdalne, że reszta stała się tak do bólu zrozumiała. Siedzimy sobie bez sensu w sal na IV piętrze ZR, pod strażą licznych, uzbrojonych po zęby zomowców. Nikt nie może wejść, nikt nie może wyjść. I nagle do sali wchodzi starszy gość wczarnej skórze.

ok. 1.33. Gość nawija trochę nieskładnie. Daje do zrozumienia, że jest ni mniej, ni więcej, tylko Stanisławem Skalskim - tym z bitwy o Anglię. Parę osób w sali kiwa głowami, że to ten. Zomowcy wyglądają na lekko sytuacją zaskoczonych, choć zakładają - zapewne słusznie - że skoro gościa wpuścili na dole, to przecież za zgodą dowództwa.

ok. 1.35. Domniemany Skalski opieprza wszystko i wszystkich, ale głównie komunę. Tak jakby stał po naszej stronie - choć za chwilę wrzuca coś o tym, że Żydzi źle wykierowali partię robotniczą, a teraz Solidarność. I tak dalej. Zomowcom wygraża. Wygląda na wstawionego lub raczej lekko naćpanego.

ok. 1.50. W końcu przyszedł jakiś nieco starszy rangą niebieski i zabrał ze sobą domniemanego pilota Skalskiego. Ów miał wtedy 66 lat. Wszystko by pasowało. Co on nam jeszcze opowiadał? Skąd się wziął?

ok. 2.00. Zaczynają nas wyprowadzać niedużymi grupami.

ok. 2.20. Trafiam do przedostatniej lub ostatniej grupy. Klatka schodowa nie wygląda na boleśnie spacyfikowaną, nic więcej nie widzę.

ok. 2.30. Strasznie to wszystko trwa. Pakują nas, około dwunastu, do budy. Odjeżdżamy. Nic nie widać, ale łatwo wyczuć, że jedziemy Marszałkowską na północ, a więc do Pałacu Mostowskich, do komendy stołecznej MO, zwanej wtedy bodajże SUSW - Stołeczny Urząd Spraw Wewnętrznych

ok. 2.50. Wjeżdżamy na wewnętrzny dziedziniec Mostowa. Trzymają nas jednak w budzie. Na zewnątrz hałas. Zapewne trwa wyładunek transportów z różnych regionów miasta i okolicy.

ok. 3.00. Wychodzimy. Chyba wyprowadzali nas pojedyńczo, ale głowy za to nie dam. Szpaler zomowców, potrząsających rynsztunkiem, ale bez ścieżki zdrowia, prowadzi nas do dzrwi i gdzieś na górę, chyba na I piętro.

ok. 3.30. Wciąż czekamy na korytarzu. Jest nas sporo, ale odległości między nami też dość spore, trudno rozmawiać. Czasem pokrzykujemy.

ok. 4.00. Zaczynają pojedyńczo wyczytywać i dokądś zabierać. Wyczytani już nie wracają

ok. 5.00. No dobra, czuję się już bohaterem, bo zostałem ofiarą śmiesznej demonstracji siły czerwonego. Ale niech mnie już puszczą do domu, bo mi się cholernie chce spać. Rauszyk dawno minął, kaca nie mam, ale do licha, nie odespałem jeszcze strajku.

ok. 6.30. Biorą mnie na inne piętro - właściwie nie na przesłuchanie, pada bowiem tylko parę zdawkowych pytań - imię, nazwisko. Nie odpowiadam, nie tylko dla zasady - także dlatego, że mi się nie chce. Spać!

ok. 7.00. Już po rewizji osobistej i formalnościach. Spisali z trudem, co było do spisania - parę egzemplarzy związkowej bibuły, kilkadziesiąt złotych, mój zegarek i tym podobne. Gdzieś mam w teczce protokół.

ok. 7.15. Wrzucają mnie do maleńkiej, pojedyńczej celi w podziemiach. Ma ze trzy metry kwadratowe, pół na pół podłoga i 50-centymetrowa zwyżka służąca za pryczę. Ległem. Trochę twardo, ale nie jest źle.

ok. 8.30. (Jak się potem okaże, bo wszak nie mam zegarka) Klawisz budzi mnie i prowadzi gdzieś na górę. Cholernie daleko.

ok. 8.40. Esbek wygląda na świeżego, ale znudzonego. Gestem wskazuje mi krzesło i uruchamia mangetofon kasetowy. Mam zaszczyt wysłuchać dobrze teraz znanego orędzia generała do narodu.

ok. 8.55. "To już pan wie, na czym pan stoi", powiada esbek. Nie chce mi się wyprowadzać go z błędu, ale jedyne co wiem, to - że chce mi się spać.

ok. 9.00. Trwa coś na kształt przesłuchania. Nietrudno zgadnąć, że się nam ta rozmowa nie klei. "Mały konspirator" ma z tym coś do czynienia, ale mój stan sprawia, że z moją ówczesną idolką, Marią Schneider, też nie miałbym siły gadać. Na niektóre pytania typu "Dlaczego pan podpisał deklarację KSN" (Kluby Rzeczypospolitej Samorządnej - taka nasza ówczesna solidarnościowa utopia) odpowiadam, że nic mu do tego, bo to legalne.

ok. 9.10. "Może by pan to podpisał?" - esbek podsuwa mi druczek i bodajże sugeruje, że mógłbym może pójść do domu. Czytam. Głupie. Potem dowiem się, że to standardowa lojalka.

ok. 9.15. Esbek wciąż ględzi, w końcu mówi, że móglbym odpowiedzieć mu chociaż na pytanie, dlaczego nie chcę podpisać. Ujmujące. Uznaję, że to mnie kosztuje niewiele, więc burczę: "Bo tu jest napisane, że prowadziłem jakąś nielegalną działalność, a to nieprawda".

ok. 9.20. Esbek chyba sam nie jest pewien, czy zostanie pochwalony przez swych zwierzchników za "zmodyfikowaną" lojalkę. Ale brnie dalej. Co tam, myślę majacząc o łóżku. Na odwrocie druczka piszę, że żadnej nielegalnej działalności nie prowadziłem i prowadzić nie zamierzam (krzywoprzysięzca), składam podpis i znów pogrążam się w półdrzemce.

ok. 9.25. To był chyba błąd, bo ebsek najwyraźniej uznał, że może dostanie coś więcej. Mówię, że chcę wrocić do celi. Albo gdziekolwiek, gdzie nikt nie będzie próbował nawiązywać ze mną kontaktu werbalnego.

ok. 9.30. Komuna uchyla mi nieba. Wezwany klawisz prowadzi mnie na dół - ale nie do mojej izolatki, lecz do sporej celi może 15 metrów. Jak wówczas na Mostowie, ta też składa się z podłogi i podwyższenia do spania. Ale jest wyposażona także w wiadro do sikania i srania.

ok. 9.32. Jest tu kilkunastu facetów, niemal sami znajomi. Witam się dość zdawkowo. Łypię na podwyższenie szukając największego skrawka wolnego miejsca. Ale nie ma lekko - oni od każdego nowoprzybyłego chcą usłyszeć, co go spotkało i czy coś wie. Zresztą ja też jestem ciekaw, nie zaprzeczę.

ok. 9.40. Dominuje opinia, że posiedzimy dłuuugo. Nie próbuję nawet z nią polemizować, choć nadal sądzę, że to demonstracja siły. Zresztą przecież nie mogę iść na dłużej do pierdla bez korków do uszu.

ok. 9.45. Ale dziś nie będą mi potrzebne. Zasypiam jak dziecko.

Z malymi przerwami na jedzenie (raz w niedzielę, potem trzy razy dziennie) oraz spacery z widokiem na mały kawałek nieba, 20 zomowców i 20 psów rasy wilczur (raz w poniedziałek, raz we wtorek) spałem tak do wtorkowego wieczoru. Jakieś 55 godzin. A potem trochę więcej pogadałem, trochę do mnie dotarło, i w końcu zacząłem się bać. Ale to już zupełnie inna historia.

PS. Nie opiszę jej teraz ani rychło, bo ten post pisałem... sześć godzin. Jest 4.40 nad ranem. Jestem lekko wściekły i zamierzam teraz napisać post w kategorii "inne". Będzie zawierał szantaż wobec szefostwa s24. Ni mniej, ni więcej.

Salonowa lista prezentów Bawcie się dobrze ChęP: -3/6   ChęK: -3/6   ChęS: -3/6 . Półbojkotuję "lubczasopisma" Baby od chłopa nie odróżniacie! Protestuję przeciwko brakowi Freemana

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (72)

Inne tematy w dziale Polityka