Krzysztof Leski Krzysztof Leski
31
BLOG

Mej matki grudniowy tydzień

Krzysztof Leski Krzysztof Leski Polityka Obserwuj notkę 54

Zamieszczam bez zmian, napisane minionej nocy, wspomnienie mojej Matki o grudniu 1981, a dokładniej o tym, jak próbowała ustalić, co się ze mną stało. W większości opowiada, zdaje się, o poniedziałku 21 grudnia. Ale głowy nie dam.

Nikt nic nie wiedział: Piwna, św. Anna, listy w kościołach i w Pałacu Staszica wywieszane na tablicy Solidarnosci i stale zdejmowane i wieszane...

W końcu poszłam do naszego (dzielnicowego - KL) komisariatu na Malczewskiego i zażądałam, zeby Cię odnaleźli. Zaprowadzili mnie do wewnętrznego pokoju, w którym było dwu milicjantow i jeden Rosjanin.

Próbowali mnie straszyć, ale ostro twierdziłam, że mają obowiązek "zgodnie z dekretem o stanie wojennym". Rusek sie wtrącał pytając ich o co chodzi i bardzo sie denerwował. Odmawiałam wyjścia póki nie dostanę odpowiedzi. Mówiłam, że wniosę skargę.

W końcu któryś powiedział, żebym pojechała do Pałacu Mostowskich na Plac - wtedy - Dzierżyńskiego. Straszny kawał drogi, śsnieg, mróz, a żadnej komunikacji oczywiście. Zażądałam, żeby mnie odwieźli. Tego już im było naprawdę za wiele i zrobili się bardzo nieprzyjemni, wiec się szybko wyniosłam i ... poszłam piechotą.

Tam na dole stanowiska z telefonami, przed każdym kolejka ludzi, nikogo z milicjantów czy ubeków. Czekając na swoją kolej sluchałam rozmów z tych chyba trzech stanowisk. Typowy dyskurs z naszej petenckiej strony był taki: "Proszę mi łaskawie powiedzieć, gdzie jest mój mąż/ojciec/brat/syn/córka/matka etc, nazywa się (...), nie ma na liście? to przepraszam..." - a głos w
słuchawce krzyczał: "Następny!"

I tak wszyscy odchodzili z kwitkiem. Muszę jakoś inaczej , ale jak? Zaczęłam jakoś tak: "na komisariacie na Malczewskiego zapewniono mnie, że zgodnie z dekretem o stanie wojennym mam zostać tu poinformowana, gdzie przebywa mój syn taki a taki". Słuchawka: "nie ma na liście". Ja: "proszę dokładnie sprawdzić, to wasz obowiązek zgodnie z dekretem!" I tak z 5 razy w kółko. No i wreszcie usłyszałam: "zadzwońcie za pół godziny".

I za pół godziny z hakiem, po odstaniu kolejki powtórnie, usłyszałam wreszcie: "Białołęka!".

Wtedy biegiem na Mokotów, skleciłam paczkę, i na ulicę zatrzymywać
samochody aż ktoś kawałek mnie podwiózł. Byla zadyma śnieżna, ten mój
autostop trwał bardzo długo, pod bramą więzienia byłam gdy wychodzili
pracownicy, okolo 16ej. Próbowałam podać paczkę. Trwało to z pół godziny, wreszcie ten w bramie rozejrzał się dookoła i paczkę wziął, po czym oddał po następnej półgodzinie ze słowami "takiego nie ma". ALE... na paczce obok nazwiska stało dopisane "CELA nr 5".

Wtedy poszłam na pocztę w miasteczku i tam dowiedziałam jak paczkę można doręczyć: syn musi dostać talon, wolno taką wagę i takie produkty... w tym smalec. Następnego dnia w pracy powiedziałam kolegom, że potrzebuję słoik domowego smalcu. A dzień potem po kolei wpadało kilka osób, każda ze słoikiem... Ale na widzenie trzeba bylo czekać chyba do 3ego stycznia, a na talon jeszcze dlużej.

Salonowa lista prezentów Bawcie się dobrze ChęP: -3/6   ChęK: -3/6   ChęS: -3/6 . Półbojkotuję "lubczasopisma" Baby od chłopa nie odróżniacie! Protestuję przeciwko brakowi Freemana

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (54)

Inne tematy w dziale Polityka