Moje grudniowe wspominki dotarły poprzednio do Białołęki. Z aresztu milicji w podziemiach Pałacu Mostowskich trafiłem tam nocą 16/17 grudnia 1981.
Białołęka już wtedy była więzieniem ogromnym. Składała się z dwóch części. Właściwe więzienie mieściło się w czterech tzw. pawilonach - 4-piętrowych budynkach z blindami w każdym oknie. Obok, w kilku parterowych barakach ulokowany był OZ - "oddział zewnętrzny" - nazwany tak, bo trzymano tu więźniów z niższymi wyrokami, mających przywilej pracy poza więzieniem, pod eskortą oczywiście. Wyróżnikiem był brak blind - w oknach były "tylko" zwykłe kraty. W celach po sześć piętrowych pryczy, stół, dwie ławki i kibel (prawdziwe WC) za przepierzeniem z dykty.
Z okazji stanu wojennego komuna postanowiła zamienić zrazu 1. barak OZ w obóz dla internowanych. 17 grudnia było nas tam już ze trzystu. Po czterech dobach na Mostowie poczułem, że to inny świat. Przede wszystkim - światło dzienne pod celą. Po drugie - wieści z miasta.
Chodzi mi wprawdzie po głowie, że już we wtorek 15 grudnia na Mostowie do naszej celi trafił młody kierowca MZK zgarnięty wprost zza kierownicy. Jeśli jednak nawet tak było - wiedział mało. Dopiero w Białołęce zaczęliśmy orientować się, co się właściwie stało, jak piorunujący był atak na "S". Porozumiewając się przez okna i ściany mogliśmy bowiem dość szybko wymienić informacje między wszystkimi celami.
Cele były też wyposażone w coś, co jest standardem w więzieniach, ale nie - w aresztach: w szczekaczki. Zwane też betoniarami. Czyli głośniki, przez które puszczano nam najczęściej radiową jedynkę, a czasem - komunikaty więzienne. W dniu przyjazdu do Białołęki, kilkanaście godzin później, wieczorem17 grudnia usłyszeliśmy lakoniczną, ale wystarczającą tragiczną informację o tragedii w kopalni "Wujek".
Poza nielicznymi świeżo zgarniętymi z miasta - nie mieliśmy jednak nadal żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Żadnych wieści o bliskich, żadnej szansy na przekazanie im wieści, co się z nami dzieje. W tej atmosferze snuliśmy różne wizje najbliższej i dalszej przyszłości.
Zazwyczaj nie były nazbyt dramatyczne ani heroiczne, przewijały się w nich wszakże sowieckie wojska, Moskwa, Syberia. Któregoś przedpołudnia - dam głowę, że jeszcze przed Bożym Narodzeniem - naszych uszu dobiegł daleki, lecz donośny chrzęst potężnych gąsienic i ryk wielkich silników diesla.
Okna bez blind to komfort, ale krat przecież nie pozwalają wyjrzeć. Chrzęst zblizał się i narastał, silnik warczał - zdałoby się - już niemal tuż, tuż, jednak przez dobrą godzinę wciąż się tylko zbliżał, pozostając niewidocznym.
Różne rzeczy przechodziły nam wtedy przez głowę.
Wreszcie rozbrzmiał zgrzyt i pisk otwieranej bramy więzienia. Po kolejnych kilku minutach przed naszymi oknami, z przerażającym zgrzytem i łoskotem, przedefilował powoli olbrzymi spychacz - taki, jakich używa się w kopalniach odkrywkowych. Było trochę śmiechu, ale i westchnień ulgi.
W następnym odcinku - Święta, fajki, czekolada.


Komentarze
Pokaż komentarze (27)