Postaram się nie dowcipkować, bo rannych jest 20 osób, kilka - ciężko. Tym autobusem mogłyby jechać moje dzieci. Ale trudno mi pojąć, jak doszło do tego, że trzy godziny temu podmiejski 710 zderzył się z pociągiem. Wg relacji - to autobus uderzył w lomomotywę.
Przez Konstancin prowadzi jednotorowa linia - bocznica z Okęcia na Siekierki. Latem - jeden pociąg na tydzień, w sezonie grzewczym - jeden dziennie. Góra dwa. Wiozą węgiel do elektrociepłowni. Tor przecina trzy ulice, 710 pokonuje wszystkie trzy przejazdy. Dwa są niestrzeżone, na jednym są szlabany.
Nieszczęście zdarzyło się na Mirkowskiej, gdzie szlabanów nie ma. Widoczność jest istotnie nienajlepsza - autobus nadjeżdżający od strony Papierni wjeżdża na pagórkowaty wiadukt nad rzeczką, tuż za nim jest przejazd. To mogłoby co nieco tłumaczyć. Ale tylko co nieco.
Trzeba się zagapić na potęgę, by dopuścić do zderzenia. Pociąg nie pojawił się nagle, bo przez cały Konstancin jedzie... 10 km/h. Autobus ma przystanek tuż przed podjazdem na mostek, tuż za przejazdem skręca ostro w lewo, o jakieś 110 stopni, więc kierowca jechał 30-35 km/h, gdy mógł już widzieć przejazd, do którego jest wciąż jeszcze przynajmniej 50 metrów. Pięć sekund na reakcję i hamowanie. Ogromna kupa czasu. Niepojęte.


Komentarze
Pokaż komentarze (35)