To było w poniedziałek, dwa dni przed Wigilią. W sklepie obok radia kupiłem zapas hupkoli i miałem się już udać do roboty. Prze drzwiach mocno starsza pani próbowała znaleźć sposób podniesienia swych zakupów.
Gdy zaproponowałem pomoc, przez chwilę badała mnie wzrokiem. Uznała, że raczej nie ucieknę z jej zakupami. Ale gdy wyszliśmy ze sklepu, zdała sobie sprawę z innego niebezpieczeństwa: - Nie mam, żeby panu zapłacić...
Donośnie wyśmiałem ten pomysł i dreptaliśmy ul. Modzelewskiego, gdy nagle coś mnie podkusiło, by zadać pytanie potencjalnie niebezpieczne: - A dzieci na święta przyjadą?
Starsza pani jakby oczekiwała tego pytania. Usłyszałem, że przed laty, w ciągu dziewięciu miesięcy, pochowała męża i obu synów. Dwa zawały i rak. - Nawet myślałam, żeby ze sobą skończyć, ale kto by na cmentarz chodził?
Jej blok był już blisko. Mówiła o tym spokojnie. Rozpacz dawno przetrawiła w żal, żal w smutek, smutek w gorycz, a gorycz w codzienną krzątaninę. Dziś, dopóki nie zapytałem, myślała nie o synach, lecz o jabłkach, które akurat jej się trafiły tanio w osiedlowym sklepie i utrudniły transport zakupów.
Wielki to przywilej- mieć kogo obdarować i od kogo prezent dostać...
PS. Wciąż gorąco zapraszam: napisz, co znalazłaś, znalazłeś pod choinką. Nie chcesz czytać mego postu? OK! Wpisz się stąd - bezpośrednio! Hokus, pokus!


Komentarze
Pokaż komentarze (110)