Nie grzeje mnie raban wokół MONu, budżetu wojennego i losów Bogdana Klicha. Slucham lamentów, że z modernizacji armii nici, ale oczy mi nie łzawią. Nie tylko dlatego, że od zawsze nie przepadam za trepami.
Nie wierzę w perspektywę konflktu zbrojnego w tym rejonie Europy. Nie wierzę, że supernowoczesna armia to to, czego Polska potrzebuje dziś najbardziej. Nie będziemy zapraszani do udziału w misjach? Przeżyjemy. Irak czy Afganistan to świetne dowody, że prócz wątpliwego prestiżu żaden z tych misji pożytek.
Do walki z terroryzmem nie potrzeba armii, lecz kilka wyszkolonych jednostek policyjnych. W razie klęski żywiołowej wosku potrzebne ciężarówki, a nie czołgi, zaś na defilady wystarczy to, co jest - co najwyżej zapaleńcy będą marudzić, że sprzęt nie taki. Dzieciom i większości gawiedzi to nie przeszkadza.
Nieco ciekawszy jest - czysto teoretycznie - dylemat, kto miałby odpowiedzieć przed Trybunałem Stanu za zaniechanie realizacji ustawy, która nakazuje wydać ileś tam na modernizację armii. Minister obrony nie wydał, bo minister finansów nie dał. Sądzić obydwu? Formalnie rzecz biorąc - chyba tak. Gdyby Klich chciał uniknąć odpowiedzialności, powinien zawczasu ogłosić, że Rostowski uniemożliwia mu pracę - i podać się do dymisji.


Komentarze
Pokaż komentarze (49)