Kto lubi dokładać do interesu? Nikt. Wszystko jedno, czy ten biznes to Unia Europejska, czy blogosfera. Pisząc ten post mam wrażenie, że to wymiana poglądów, na której tracę.
Publikacja "Gazety Polskiej", iż jesienią 2008 Polska wpłaciła do UE więcej niż otrzymała, jest już tematem tuzina notek w s24. Wielu autorów konkluduje stanowczo, że oto jest dowód degrengolady państwowych finansów, a rząd Tuska okazał się najbardziej nieudolnym w dziejach, nawet na tle gabinetu Leszka Millera.
Nikt nie pyta o bilans całego roku, nikt nie zastanawia się, czy porównanie 2004 i 2008 ma sens. Na tle obecnych funduszy z UE, rządy Millera i Belki miały do czynienia z groszami, a rządy PiSu - z zaskórniakami. A przede wszystkim - 2008 to pierwszy rok, w którym fundusze unijne wliczono (IMHO bez sensu) do budżetu państwa. Pierwszy, w którym dostępne są bieżące, szczegółowe dane. Które wcale nie wskazują, by obecna administracja publiczna (bo to też samorządy!) radziła sobie znacząco gorzej niż poprzednicy.
Tradycyjnie bronię znaczenia słów, apeluję o proporcje. Tak jak za rządów PiSu, tak za rządów PO. Kłopoty z unijną kasą można i trzeba rządowi wytykać, ale to nie one są groźne i nie one będą głównym motywem oceny sprawności rządu w obliczu światowego kryzysu.
Ze zjedzeniem większości kasy z UE Polska sobie poradzi. Sytuacja gospodarcza stawia wiele poważniejszych pytań dotyczących budżetu 2009. Pytań, na które rząd nie próbuje odpowiedzieć. Stawiajmy je - nawet nie znając odpowiedzi - bo to sensowniejsze niż oszukiwanie samych siebie, że oto znalazła się przyczyna całego zła.
Nazbyt poważny ton? No to huzia na Żabojadów ;)
A może zbyt frywolne? No to huzia na Kiszczaka...


Komentarze
Pokaż komentarze (20)