Święta. Dzieci u Mamusi. Moja K.u swojej Mamy. A ja sterczę w domu z objawami, hm, zapalenia pęcherza ;) Ale za to mam samochód: w piątek, po siedmu (!) tygodniach naprawy, odebrałem z warsztatu moją Xantię. Z zewnątrz nie widać żadnych śladów spotkania z pizzochodem marki tico. Xantia jak nowa.
W warsztacie zapomnieli chyba o jeżdzie testowej, a także o moich uwagach, gdy auto oddawałem. Wspomagania brak, co w ponad półtoratonowej bryce, z ważącym niemal tyle co maluch silnikiem umieszczonym z przodu, jest dość poważnym utrudnieniem. Każde zaś użycie hamulca wprawia całe auto w potężne wibracje.
Odbierałem Xantię za pięć dwunasta, czyli w piątek o 14.55. Zanim zorientowałem się, co się dzieje, już nie było do kogo dzwonić. Gdy zaś zajechałem do domu i kliknąłem guzik pilota, z lewych przednich, nowiutkich (?) drzwi dał się słyszeć chrobot. Teraz nie mogę zamknąć wozu, więc raczej nigdzie nim nie pojadę - nawet do Mateczki.
I tak jakoś sobie przypomniałem o życzeniach. Niech się wam wszystkim wiedzie!


Komentarze
Pokaż komentarze (28)