Wiecie, jak blisko byliśmy końca życia tego Sejmu? Baaardzo blisko. Parę dni temu, w ostatni piątek, podczas dramatycznej procedury zmiany marszałka. Przez 145 minut, gdy władzę nad izbą sprawował Janusz Dobrosz, starczyłyby dwa jego słowa.
Miałem o tym skrobnąć w piątek, alem sił nie miał, potem było 30 Minut, PIT, Taxi4 itd. Luka konstytucyjna jest jednak tak potężna, że trudno o niej nie wspomnieć. Wielcy twórcy dzieła z 1997 r., pomni licznych awanturek rządowych, określili wtedy zestaw trzech kroków powoływania rządu. Ale nie wpadło im do łba, że podczas kadencji można też zmieniać marszałka. Uznali, że dzieje się to raz, u progu kadencji.
Konstytucja nie zabrania zmiany, ale trybu brak. Mówi, kto zwołuje i otwiera pierwsze posiedzenie Sejmu, gdy jeszcze marszałka nie ma. Ani słowa o tym, kto prowadzi wybór nowego marszałka po odwołaniu starego. Logiczne, że laskę przejmuje wicemarszałek wyznaczony wcześniej przez ustępującego marszałka. Wiadomo zgrubsza, jakie ma kompetencje. Ani konstytucja, ani żaden inny akt nie zabrania mu, bo zabronić nie może, wypowiedzenia dwóch słów: Zamykam posiedzenie.
Dobrosz mógł w piątek wyszeptać to zaklęcie od 14.05 do 16.30, gdy wciąż nie było nowego marszałka. Zgodnie jednak z konstytucją nie byłoby wtedy komu zwołać następnego posiedzenia. W zasadzie nie byłoby też żadnego powodu, który by pozwolił prezydentowi rozwiązać parlament. Sejm musiałby trwać, nie zbierając się, zaś Senat mógłby się zbierać, ale nie miałby co robić. Chyba, że prezydent nagiąłby konstytucję i skrócił kadencję.
Ale Sejm nabiera wprawy w obecnej prowizorce. W zeszłej kadencji odwołał Marka Borowskiego, w obecnej - Marka Jurka i na minę jakoś nie wpadł.



Komentarze
Pokaż komentarze (20)