Przed 120 laty niemiecki kanclerz Caprivi, następca słynnego Bismarcka, oświadczył "Albo będziemy eksportować towary, albo ludzi". Te słowa można dziś zaprezentować polskim elitom, tym politycznym i tym ekonomicznym. Być może ich zwięzłość i prostota sprawi, że zrozumieją. Choć być może przeceniam ich zdolności.
Te słowa bowiem nabierają konkretnego znaczenia w świetleraportu o polskiej emigracji. Emigracji tym smutniejszej, że podyktowanej chęcią godnego życia. W XXI wieku Polki i Polacy są wyrzucani z własnego kraju nie przez politykę zaborców czy polskich namiestników, ale przez współobywateli. Współobywateli, którzy ciągle tkwią w warszawskim Białym Domu, zmieniwszy obiekt swego kultu z osoby Lenina na Miltona Friedmana, jak uczynił to pan Balcerowicz i jego akolici. A, jak wiadomo, nie ma żarliwszego wyznawcy od neofity.
Dlaczego przywołuję tu Balcerowicza, który odszedł był dawno z polityki? Ano dlatego, że jego nauki są wiecznie żywe, niczym klasyka, na którym się pan profesor wychował, zanim dostał był objawienia podczas śnienia "amerykańskiego snu". Na wydziałach ekonomii renomowanych uczelni i ich podrzędnych filii nie tylko "nie ma alternatywy", ale nastąpił "koniec historii". Tak, to nic, że na Zachodzie już się z tych pomysłów wycofują, że przyznają się do pomyłek. Naszym ekonomistom to nie przeszkadza. A istnienie w przestrzeni publicznej kogoś takiego jak prof. Bugaj stanowi jedynie wyjątek potwierdzający regułę. Nie zrównoważy bowiem dziesiątek "poprawnych" ekspertów.
Plony ziaren zasianych przez Balcerowicza przed dwiema dekadami możemy zbierać dziś. Rosnące bezrobocie, niepewność tych (jeszcze?) zatrudnionych, brak polskiego kapitału, który mógłby zbudować polskie firmy to właśnie skutki. Weźmy taki przykład. Enklawy polskiego terytorium wyłączone spod działania państwa polskiego (i, niejako niechcący, niewidzialnej ręki rynku) dla niepoznaki nazwane Specjalnymi Strefami Ekonomicznymi, mają podobno czarodziejską moc przyciągania kapitału. Być może się mylę, ale dla mnie to w tych miejscach następuje coś zupełnie odwrotnego - odpływ tegoż kapitału. Nikt też nie pyta głośno jak w takich warunkach regulowanej konkurencji mają rozwijać się polskie firmy. W efekcie coraz mniej osób wierzy, że w tym kraju może być normalnie. Coraz mniej osób myśli, że cokolwiek można zmienić, przynajmniej w tym stuleciu.
To między innymi dzięki nieustannym modłom wznoszonym do Neolibrealnej Świętej Trójcy: Prywatyzacji, Deregulacji i Mobilności mamy właśnie tak wielką emigrację. I, co chyba istotniejsze, w kolejce czeka już kolejna fala nowych roczników, dziś siedzących jeszcze w szkolnych czy studenckich ławach. Jednocześnie ograniczając rolę państwa sprawiliśmy, że coraz mniej ludzi decyduje się na zakładanie rodziny. Jak posiadanie dzieci połączyć z pracą? Gdzie znaleźć wolne miejsce w żłobku czy przedszkolu? Jak sprawić, by na terenach wiejskich zostały jeszcze jakieś szkoły, by za parę lat nie okazało się, że dziecko dojeżdża do szkoły podstawowej kilkadziesiąt kilometrów? Nic dziwnego, że w tej sytuacji coraz więcej dzieci polskich rodzi się w Wielkiej Brytanii. A nasz system emerytalny i w dłuższej perspektywie cały system finansów publicznych zwyczajnie trafi szlag.
Podana przez GUS liczba polskich emigrantów zawiera jedynie te osoby, które mieszkają na stałe zagranicą. Można spokojnie przyjąć, że kolejne 1,5 do 2 milionów ludzi spędza większą lub mniejszą część roku pracując "na saksach". To przeważnie ludzie już nieco starsi, posiadający rodziny. Rodziny, które pozbawione ojca lub matki, z całą pewnością nie funkcjonują w normalny sposób. Jaki to ma wpływ na młodzież, można przekonać się choćby studiując policyjne statystyki. Rosnąca przestępczość, prostytucja, narkomania to także koszty braku pracy w naszym kraju. Im szybciej to sobie uświadomimy, tym lepiej. Koszty społeczne słabości polskiej(czyli położonej na terenie Polski) gospodarki rosną wprost proporcjonalnie do obniżania kosztów pracy.
Rząd nasz nie przejmuje się tą sytuacją, zajęty utrzymaniem dotychczasowego stanu posiadania. Własnego posiadania, rzecz jasna. Najlepszym pomysłem rządowym w tej sytuacji jest wsparcie dla strefy euro, choćby kosztem całkowitego ogołocenia rezerwy walutowej. A że przy okazji podniesie się jeszcze państwowe daniny, co zmusi kolejnych ludzi do wyjazdu, to nic nie szkodzi. Polskość to przecież nienormalność, więc im szybciej roztopimy się w jednej europejskiej rodzinie, tym z punktu widzenia pana premiera lepiej.
531
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (7)