Dyskusja rozwinęła się na temat wprowadzenia ACTA w życie w sobotni wieczór. Przez wiele miesięcy mało kto był zainteresowany, co przypomina cały szereg spraw, które poruszyły mniej czy bardziej opinię publiczną w naszym kraju. Mamy – co trzeba odnotować – tę ogólnonarodową cechę (wadę?), która nie pozwala nam dostrzegać zagrożeń z daleka. Potrafimy się zmobilizować najczęściej już po fakcie. I nic nie rozjaśnia tej sytuacji – nawet nieliczne zwycięskie próby przezwyciężania takich czy innych kryzysów.
Podobnie przy nowych zapisach ustawy, która najprawdopodobniej wejdzie w życie. Nie raz już przecież słyszeliśmy prezydenta Komorowskiego usprawiedliwiającego wchodzenie w życie największych głupot i bubli prawnych wyższą koniecznością zgodności z dyrektywami UE. Nawet wtedy, gdy tak nie było. Oczywiście, milczenie ze strony rządu też jest nie bez znaczenia w całej tej sytuacji. Politycy – jak zawsze zresztą i to nie tylko w naszej pięknej ojczyźnie – uważają, że po cichu przepchną wszystko. I nie jest to jedynie moje zdanie.
Blogerzy tu i ówdzie podnoszą kwestię cenzury. Tu nie chodzi tak naprawdę o cenzurę. Cenzura i tak już istnieje, a kto łudzi się, że jest inaczej, jest w dużym błędzie. Po prostu cenzura nie działa w sposób, w jaki na Mysiej w Warszawie działała w słusznie minionym ustroju. Nie działa też w sposób opisany przez Orwella. Działa za to świetnie za pomocą pieniędzy i publicznych ataków na nieprawomyślne poglądy. Ale to temat na osobny felieton.
ACTA posiada wielu zwolenników, zwłaszcza wśród twórców. Głośne ataki na „piratów” prowadzone przez Kazika Staszewskiego (co to zapomniał o własnych heroicznych czasach pirackiej młodości opisanych w piosence „TDK kaseta”) czy, w jak zwykle subtelnej i artystycznej formie przez wielkiego Zbigniewa Hołdysa, co to i premiera potrafi objechać jak burą sukę. I to na antenie TVN.
Panowie i panie artyści podkreślają, że taka ochrona jest konieczna, bo tracą oni grube pieniądze, które mogłyby zmaterializować się na ich kontach. Prawda jest nieco bardziej skomplikowana. Otóż najczęściej właśnie słychać głosy w obronie praw autorskich wielkich (słusznie czy niesłusznie to już inna sprawa) nazwisk. Powód jest prozaiczny – dopiero po wielu latach obecności na scenie są oni w stanie podpisać taki kontrakt z wytwórnią, który da im jakieś większe pieniądze. Początkujący artyści muzycy dostają maksymalnie 5%. Albo i mniej, co świetnie ilustruje ta grafika. Przedstawiciele innych dziedzin sztuki są często w jeszcze gorszej sytuacji. Nabywcy konstruują umowy, które odbierają całkowicie wszelkie prawa ich autorom. Kto nie wierzy niech zapyta w środowisku grafików, plastyków, malarzy.
Ochrona praw autorskich z punktu widzenia twórców to jednak jedynie niewielki wycinek istnienia całej ustawy. Zakaz podróbek wbrew pozorom nie uderzą przecież w sprzedających na bazarach (co też próbuje się nam wmówić), ale w kupujących w aptekach. Proszę sobie wyobrazić tę sytuację, gdy nie ma już odpowiedników leków kosztujących kilkaset złotych. Przerabiano to już przed kilku laty w RPA, gdzie jest najwięcej na świecie osób zarażonych wirusem HIV. Restrykcyjny zakaz produkcji i obrotu tańszymi odpowiednikami w imię ochrony praw patentowych wielkich korporacji spowodował śmierć tysięcy ludzi. Ale ludzie ci umarli szanując prawa autorskie, więc z punktu widzenia naszych domorosłych obrońców praworządności i tak zwanej własności intelektualnej są w porządku.
Nie chodzi mi tutaj o uparte twierdzenie o wolności i niezgodę na płacenie ludziom (twórcom, naukowcom, badaczom etc.) za ich wysiłki. Nie usprawiedliwiam żadnej kradzieży. Ale nie sądzę, że proponowane zapisy ustawy w jakikolwiek mogą pomóc tym ludziom. Pomogą jedynie tym, którzy te sprawy są w stanie monitorować we własnym zakresie, czyli wielkim graczom na rynku. I, co również nie jest bez znaczenia, hordom nowych urzędników, powołanych do przestrzegania prawa. I będą je egzekwować w podobny sposób, jak ostatnio w Lublinie, zamykając lokale, gdzie można było pograć w gry konsolowe. Jak słusznie zauważył ktoś w komentarzach, teraz powinno zacząć zamykać sklepy z elektroniką, bo tam też często można pograć na konsoli nie kupując gry.
Od lat próbuje się znaleźć rozsądne wyjście, będące kompromisem pomiędzy przestrzeganiem praw autorskich a użytkownikiem. Pojawiają się różne idee, które w ten czy inny sposób próbuje się wprowadzić w życie. Znany i u nas pisarz z gatunku SF Cory Doctorow udostępnia większość swoich tekstów w sieci na zasadach Creative Commons. I, co wydaje się nawet istotniejsze – podpisuje takie umowy z wydawcami, które chronią i jego prawa i prawa przyszłych nabywców jego prozy. Można? Oczywiście, że można i to bez wszechogarniającej kontroli rządu. Problem w tym, że tak naprawdę całą sprawą zajmują (i ją nagłaśniają) się ci, którzy na niej zarabiają – pośrednicy. I zarobili już tyle, że są w stanie – w ten czy inny sposób – forsować najbardziej restrykcyjne przepisy. Im szybciej to sobie uświadomimy, tym większa szansa na porozumienie, które nie tylko zadowoli obie strony dzisiejszego konfliktu, ale też wyeliminuje pośredniczące korporacje, pasożytujące i na twórcach i na konsumentach.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)