Wczoraj jeden z obecnych na salonie europosłów, Marek Migalski, w ramach kontaktu z wyborcami pracowicie wystukujący kolejne wspaniałości z wielkiego świata wielkiej polityki w Brukseli dokonał swoistego coming outu. Przyznał niezwykle szczerze, że nie wie często, co tak właściwie robi w pracy. Tak, przyznał, że głosuje jak mu tam ktoś podpowie, nie zapoznając się ze sprawą. Całe szczęście, że pan europoseł jest tylko politologiem. Gdyby był lekarzem, mógłby kogoś zabić. Choć i tu nie ma nic pewnego – być może głosował za jakąś wojną, tylko nie wiedział o tym, co tak się aktualnie naprawdę głosuje.
Tak to już jakoś jest, że kto kiedy nie zagłębi się w temat wypełniania swoich obowiązków przez przedstawicieli naszego narodu (niezależnie – w PE czy na Wiejskiej), dowiaduje się, że praca posła to najmniej godzin tygodniowo za całkiem niezłe pieniądze. W dodatku bez żadnej odpowiedzialności. Można przyjść pijanym, można w ogóle nie przychodzić. Można nawet nie wiedzieć, jak właśnie Migalski przez dość długi czas, w jakiej partii się aktualnie jest. Ale co tam, ważne, że listę się podpisało.
W ogóle zastanawiające jest też i to, że polscy przedstawiciele w PE najbardziej widoczni są ostatnimi czasy w kraju. Nawet Jacek Kurski, co zabrał całą swoją rodzinę do „normalnego kraju”, jeździ po tej naszej umęczonej ojczyżnie i się prezentuje jako nowa nadzieja narodu. Ciekawe, czy i to zagranie znajdzie nabywców wśród „ciemnego ludu”.
Troskę o wyborców najbardziej widać w produkcji wspaniałych wpisów blogerskich. Codzienny „content” - według wyrażenia Marka Siwca, jednego z grona blogujących – dostarcza kilku z nich. Najgorliwszy w tym jest Ryszard Czarnecki („najdłużej stażem blogujący polski polityk” - znów słowa samego zainteresowanego), który w trosce o biednych zagubionych wyborców wkleja tę samą treść w kilku miejscach sieci. No, chyba, że robi to asystent.
Gwoli sprawiedliwości można dodać, że i tak robią więcej, niż nasi parlamentarzyści. I ci, którzy w sejmie są pospołu z tymi, którzy się do niego nie dostali, przestali udawać, że blogowanie to ich pasja, podobnie jak problemy zwykłego człowieka. Szybciej zniknęli niż się pojawili i całe szczęście. Mamy teraz jakieś trzy i pół roku spokoju.
Niestety, takich wybrańców narodu będziemy musieli znosić jeszcze długo. Ale może po raz ostatni. W przypadku pana Migalskiego z całą pewnością, czego świadomość – na szczęście - ma on sam. I stąd ten wielki przypływ szczerości.


Komentarze
Pokaż komentarze