29 stycznia 2012 roku to dzień dla Wrocławia przełomowy. Kolejny sukces – po planowanych podwyżkach cen biletów, które ulokują nas na pierwszym miejscu w kraju – urzędników od komunikacji należy zapisać złotymi zgłoskami i to w wielu miejscach. Koniecznie, bo to należy przekazać potomnym. Z dumą ogłoszono bowiem, że od tego dnia MPK zwiększy częstotliwość kursowania niektórych linii autobusowych. Ściślej rzecz biorąc – dokładnie siedmiu.
To nie wszystko. Otóż oznajmiono równie tryumfalnie, że tramwaje (wszystkie!) pojadą częściej – co 12 minut. Jest tylko jeden haczyk. Te nowości dotyczą jedynie tak zwanych godzin szczytu, zwłaszcza podobno porannego. To samo ma się tyczyć wspomnianych wyżej linii autobusowych.
Wszystko to brzmi pięknie. Jest dobrze, będzie lepiej, przecież miasto tak dynamicznie się rozwija. Niestety, czytając te rewelacyjne informacje mam uczucie rodem z powieści Orwella. Ludzie od zarządzania miastem (bo przecież MPK, mimo formalnego bycia odrębną spółką, nie układa rozkładów) manipulują mieszkańcami, zmieniając historię według własnego widzimisię i bliżej nie sprecyzowanych interesów. Mają wrażenie, że nikt już nie jest w stanie pamiętać, że zaledwie na początku tego roku o wiele więcej linii jeździło częściej. Zmieniono rozkład – bez fanfar i informacji medialnych – przed dwoma tygodniami. Tłumaczenie było dość oczywiste – ferie szkolne. Dla urzędników bowiem, przyzwyczajonych do służbowych samochodów, pasażerami MPK są tylko i wyłącznie uczniowie. Oni, z powodu wieku, do samochodów przesiąść się nie mogą, zatem są skazani na korzystanie z tego, co dla nich zrobią urzędnicy. No i jeszcze ewentualnie emeryci – ci mają za to czas, więc im bez różnicy, ile będą czekać na przystanku. Nawet w zimie.
W tym zachowaniu widzę pewną logikę, obecną od dekady w polityce miasta. Nasi drodzy decydenci robią wszystko, by ograniczyć w ten czy inny sposób komunikację miejską. Korzystają przy tym z trendu obowiązującego w polskim społeczeństwie. Trendu, który mówi jasno i wyraźnie, że osoba nie posiadająca samochodu to nieudacznik, biedak, idiota lub osoba z marginesu. Tak czy owak, niewarta najmniejszej uwagi. Zgodnie z tą logiką posiadanie samochodu jest u nas wciąż wyznacznikiem statusu społecznego i tylko taką zależnością posługują się ludzie nabywający samochód. W ten sposób mamy we Wrocławiu już cztery razy więcej aut na 1000 mieszkańców niż Berlin. I związane z tym ogromne koszta. Koszta dla środowiska w postaci spalin i hałasu, koszta ogromnej ilości zmarnowanego czasu, wreszcie koszta nieustannych remontów dróg. Ale tym się nikt nie przejmuje.
Co gorsza, od czasu ostatnich wyborów, które dały Klubowi Radnych Rafała Dutkiewicza bezwzględną większośc w radzie miejskiej, porzucono już resztki utrzymywania pozorów. Urządza się konsultacje w stylu rządu premiera Tuska – „My i tak już podjęliśmy decyzję, więc teraz możemy o tym spokojnie porozmawiać”.
Dopóki nie porzucimy zgubnej i szkodliwej mrzonki mówiącej o tym, że transport miejski ma na siebie zarabiać, nie zmienimy sytuacji. W tę mrzonkę nikt już nie wierzy w krajach, do których poziomu rozwoju podobno aspirujemy. U nas wciąż jeszcze trwa silna wiara w przestarzałe dogmaty według których efektywność i celowość działań mierzyć można jedynie wskaźnikami wziętymi od biznesu. Stosowanie takiej polityki jedynie pogorszy istniejący stan rzeczy. Nadal będziemy ciąć linie i rozkłady, nadal będziemy zwalniać kierowców i motorniczych. I nadal będziemy stać w korkach.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)