To zastanawiające, jak politycy, niezależnie od reprezentowanej opcji, forsują za wszelką cenę swoje pomysły. Używają przy tym retoryki, którą najlepiej podsumowuje hasło TINA (There Is No Alternative – alternatywa nie istnieje), rozpowszechnione w czasach rządów Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Nasz złotousty prezydent, znany z ciętego języka, porównał dziś konieczność podniesienia wieku emerytalnego do tsunami, którego nie da się uniknąć. Oczywiście, nie da się Się nie da, bo nie ma takiej woli.
Zapraszani do telewizji w roli ekspertów ekonomiści są zawsze jednej maści. W prasie to samo. Nie ma – w publicznym obiegu – prawdziwej debaty na ten temat. Sprawę poruszają związkowcy, ale ci nie mają nigdzie dobrej prasy, a i telewizje do studia ich nie zaproszą. Nic dziwnego, że poddany takiemu zmasowanemu atakowi propagandy spod znaku szkołych chicagowskiej (inne szkoły ekonomiczne w kraju nad Wisłą nie istnieją) biedny obywatel coraz częściej powtarza, że jak trzeba, to trudno. Przecież „chcącemu nie dzieje się krzywda” i „lepsza umowa śmieciowa niż bezrobocie”.
Oczywistości, które widzi prezydent, widzi też i premier. Co ciekawe, w tej sprawie jest podobnie jak z ACTA. Też mamy zapowiedzi, że nie ugnie się przed podjęciem tej dziejowej decyzji.
Nasi politycy i ekonomiści nie widzą, z zacisza wnętrz swoich gabinetów i luksusowych samochodów, ludzi na ulicach. Ludzi, którzy nie mają na leki, dostępne od nowego roku po „nowelizacji”. Ludzi, których pod płaszczykiem kryzysu zmusza się do rezygnacji z wszelkich form zabezpieczeń socjalnych. Urlop, choroba dziecka albo inne losowe wydarzenie mają zniknąć z życia pracowników. Ludzi, którzy ponoszą coraz większe koszta, związane z prywatyzacją usług komunalnych, przedszkoli, studiów wyższych i nowych danin w postaci podatków, nakładanych przez samorządy.
Politycy powołują się też na przykład innych krajów. Owszem, podnosi się tam wiek emerytalny. Czy jednak ktoś z decydentów zna realia państwowej służby zdrowia? Oczywiście, poza tą państwową dla rządzących elit. Kto miał to szczęście (a może nieszczęście, boć to zawsze choroba) korzystać z opieki medycznej na zachodzie – tej standardowej, nie specjalistycznej lub prywatnej – wie dobrze, o czym mowa. Czy to przypadek jest, że młode kobiety z Polski jadą urodzić do Niemiec czy Wielkiej Brytanii? Komfort pracy, związany z jednej strony z istnieniem zabezpieczeń socjalnych, a z drugiej z godziwą zapłatą za wykonywaną pracę, jest nie do porównania. U nas porównywalne są jedynie ceny. Ile procent polskich pracowników fizycznych wyjeżdża na wczasy z rodziną do Hiszpanii czy Grecji? I jak to się ma do europejskich standardów, które podobno musimy wypełniać?
Z całą pewnością temat wart jest rozmowy, przewidywanie przyszłości nie jest przecież oczywiste dla nikogo. Chodzi jednak o to, by nie dać sobie narzucić jednej narracji. I z całą pewnością nie zaczynać budowania domu od dachu. Bo to się jeszcze nikomu nie udało.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)