Byłem ostatnio w tramwaju świadkiem rozmowy prowadzonej przez dwóch, na oko dwudziestoletnich, chłopaków. Jeden opowiadał drugiemu o tym, że stracił pracę w budownictwie. Powiedział przy tym, że żałuje bardzo, bo co tydzień miał płacone wszystkie pieniądze. A dziś znalezienie pracy, w której regularnie płacą pensje nie jest wcale takie oczywiste.
No dobrze, mógłby ktoś powiedzieć, branża budowlana to, obok rolnictwa, największy obszar działania w szarej strefie. To twierdzenie jest, rzecz jasna, prawdziwe. Niestety, bolączką nie otrzymywania pensji na czas nie są dotknięci jedynie pracownicy zatrudnieni na słowo honoru szefa. Coraz większa liczba firm nie płaci na czas swoim pracownikom.
Mówi się u nas bardzo dużo o elastyczności, o mobilności i podnoszeniu kompetencji przez pracowników. Mówi się też wiele o konieczności zmian w kodeksie pracy, które zapewnią nam wspaniały wzrost gospodarczy. Wszystko to oczywiście piękne słowa. Wielu z pracowników dziś wprowadza je w życie, licząc na poprawę swojej sytuacji zawodowej i, co za tym idzie, finansowej. Niestety, wszystko to kończy się w chwili, gdy pracownik nie otrzymuje swojej pensji we wcześniej określonym terminie.
Jestem daleki od generalizowania i pisania o tym, że tak naprawdę wszyscy pracodawcy to złodzieje, którzy chcą się dorobić kosztem innych. To nie tak, nie da się jednak ukryć, że i taka grupa istnieje. Co gorsze, pracownik dziś, postawiony wobec trudności ze znalezieniem pracy, będzie długo myślał nad tym, zanim podejmie jakiekolwiek zdecydowane kroki w kierunku odzyskania swoich pieniędzy. Przecież w efekcie może utracić posadę. Korzystają na tym pracodawcy, przesuwając terminy płatności często bez większego uzasadnienia. Ludzie w pokorze pochylają głowy i milczą.
Ci, którzy chcą wziąć sprawy w swoje ręce też nie mają łatwo. Sam proces odzyskiwania swoich uczciwie zarobionych pieniędzy nie jest ani łatwy ani szybki. Wysłanie oficjalnego listu z prośbą (sic!) o zapłatę to co najmniej tydzień, gdy uwzględnimy obieg dokumentów i czas reakcji. Skarga do PIP to 30 dni, a o sądach pracy można powiedzieć tylko tyle, że, jak i inne młyny sprawiedliwości, mielą powoli. W takiej sytuacji ciężko jest przeżyć ludziom, którzy są pozbawieni oszczędności. Pojawiają się zatem problemy z utrzymaniem rodziny, z opłaceniem rachunków, z normalnym życiem. I nie widać żadnych prób zmian tego systemu.
Daleko odeszliśmy od tego, by kwestię terminowego wynagrodzenia traktować w kategoriach innych niż ekonomiczne. Etyka czy choćby zwykła ludzka przyzwoitość zdaje się nie istnieć. To błąd, który sprawia, że pojawiają się różnorakie pomysły na to, jak sobie radzić w danej sytuacji. Niestety, nadal nie ma jasnych i przejrzystych rozwiązań w tej dziedzinie. Na dłuższą metę okazuje się zatem, że pracodawcy coraz częściej wybierają opóźnienia regulowania należności pracowniczych, bo nie czują się do tego zobligowani w żaden sposób. Sytuacja faworyzuje ich pozycję, stawiając pracowników pod ścianą. A naszym biznesem ciągle rządzi przekonanie, że na etykę nie ma miejsca w interesach.


Komentarze
Pokaż komentarze