Ostatnio w którymś z programów informacyjnych zobaczyłem ciekawe zestawienie. Otóż w kilku miastach Polski przeprowadzono badania, ile osób spośród jeżdżących samochodami ma zamiar przesiąść się do transportu zbiorowego z powodu wysokich cen benzyny. W stolicy było to 15 procent badanych, w Krakowie i Trójmieście 11 procent. Niestety, zabrakło w tym zestawieniu Wrocławia. Ciekaw jestem, jak by to wyglądało. Obawiam się, że wyniki utrzymałyby się w granicach błędu statystycznego. We Wrocławiu nikt, kto może tego uniknąć, nie wybierze dobrowolnie komunikacji zbiorowej. I to zasługa naszego magistratu.
Działa to w taki sposób. Jeśli komunikacja jest dobra – pod wieloma względami: punktualność, częstotliwość, przebieg tras, wygląd taboru, ceny biletów – jest w stanie być realną konkurencją dla samochodów. Wysokie ceny benzyny na całym świecie sprzyjają przesiadaniu się mieszkańców do pojazdów komunikacji miejskiej. Na całym świecie, ale nie we Wrocławiu. U nas jest tak, że podwyżkę cen biletów tłumaczy się podwyżką cen paliw. W ten sposób nasze miasto jest już nie tylko europejskim, ale światowym miastem. Miastem, gdzie logika i urząd tworzą dwa odrębne zbiory.
Rządzący nami prezydent (nie oszukujmy się co do znaczenia Rady Miejskiej – w tym kształcie to tylko figuranci lub, jak kto woli, semafory) dużo lubi mówić o rozwoju miasta. W tym rozwoju mieści się także kwestia transportu zbiorowego. Wydaje się, że pan prezydent - w myśl leninowskiego hasła „Lepiej mniej, ale lepiej” - stawia na razie na jakość. Mamy 30 nowych tramwajów, więc powinniśmy się cieszyć i chwalić władze. Są 3 nowe linie tramwajowe i parę kilometrów torów, więc powinniśmy być oszołomieni tempem rozwoju komunikacji na szynach. A że przy okazji zlikwidowano trzy razy więcej innych linii, można podciągnąć to pod tak dumnie brzmiącą modernizację poprzez restrukturyzację. I liczyć na to, że już nikt nie będzie pamiętał, jak szumnie zapowiadano projekt Tramwaj+ jako uzupełnienie świetnej miejskiej sieci komunikacyjnej.
Tak naprawdę cały system postępowania miejskich decydentów jest niezwykle prosty. I sprawdzony w wielu innych samorządach, nie tylko polskich. Jeśli szukamy oszczędności wydatków budżetowych, to na początek zmniejszmy częstotliwość kursowania wybranej uprzednio linii. Obetniemy kursy poranne lub wieczorne, wydłużymy takt kursowania. Albo – najlepiej – połączymy w jedno wszystkie trzy możliwości. Tak pociętą linię na pewno opuści część pasażerów, bo nie będzie im nowy rozkład pasował z godzinami pracy albo szkoły. Tudzież po prostu znudzi im się czekanie na kursujący dwa razy na godzinę autobus. Kiedy już to nastąpi, po dwóch, góra trzech miesiącach można rozpocząć przygotowanie ludzi do likwidacji linii. Powód? Przecież nikt nie jeździ, co można sprawdzić naocznie. I w ten sposób w kilka miesięcy mamy oszczędności.
Proceder ten opisano już niezliczoną ilość razy. Określa się go tak dziś popularną nazwą wygaszania. Każdy hutnik wie, że wygasić łatwo, gorzej z ponownym rozgrzaniem. Może zatem warto zapytać tych, którzy mają pojęcie o temacie? Na przykład użytkowników, codziennie z komunikacji zbiorowej korzystających.
Oczywiście, jeśli starczy odwagi.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)