Ostatnie protesty w kilku miastach Polski dotyczyły likwidacji placówek oświatowych różnej rangi i szczebla. Gdzieś się coś udało (Kraków), gdzieniegdzie nie. Chwała jednak tym, którym się chciało, którzy zaczęli od państwa wymagać tego, co gwarantuje konstytucja naszego kraju. Doceniam ich wysiłek, zaangażowanie, walkę. Trzymam kciuki za tych, którzy jeszcze się nie poddali. Chciałem jednak zwrócić uwagę na jedno z haseł, obecnych na wszystkich protestach i strajkach w obronie szkół. Zresztą, to hasło pojawia się ostatnio przy różnych okazjach. Brzmi ono „Tylko matoły likwidują szkoły”.
To hasło, bez wątpienia bardzo zgrabne i chwytliwe, zawiera w sobie jednak odrobinę uproszczony obraz rzeczywistości. Odwołuje się na powierzchni do głupoty rządzących nami polityków. Ale czy naprawdę takie działanie to głupota ze strony decydentów? Przyjrzyjmy się bliżej całej sytuacji.
Była już minister Hall należała do gorących zwolenniczek szkolnych prywatyzacji. Podobnie w kręgu szkolnictwa wyższego, gdzie minister Kudrycka, robiąc kolejne kroki w kierunku prywatyzacji całości procesu studiowania, nie ukrywa faktu posiadania szkoły wyższej. Na niższych szczeblach rządowych podobnie, tak samo w samorządach. Sztandarowym przykładem polityki samorządowej jest pani Anna Okońska-Wałkowicz, wiceprezydent Krakowa, która zasłynęła pomysłem zwolnienia sprzątaczek, bo przecież szkołę mogą sprzątać dzieci. I ona jest także właścicielką przedszkola, kiedyś także prowadziła własną szkołę podstawową. Oczywiście, konflikt interesów nie występuje w takim układzie. Ręka rękę myje. Szkoda tylko, że rachunki płacimy wszyscy.
I to pieniądze właśnie są w tym wszystkim najważniejsze. Ograniczanie dostępu do publicznej oświaty ma na celu nie tyle wychowanie głupszych pokoleń Polaków, co po prostu zwykły interes. Dzieciaki się dokształcą, zwłaszcza te, których rodziców będzie stać na dodatkowe lekcje. Dla decydentów ważne jest tylko to, by to właśnie oni mogli zarobić na zmianach. W naszym młodym i dzikim kapitalizmie zysk finansowy jest przecież wartością najważniejszą i jedyną.
Uważam zatem, że zaistniała sytuacja jest celowym działaniem, mającym wzbogacić przysłowiowych krewnych i znajomych królika. To już się dzieje na poziomie żłobków i przedszkoli. Likwidowane jeszcze kilka lat temu placówki spowodowały ogromne niedobory. Szybko powstały zatem prywatne miejsca, w których cena jest dwukrotnie wyższa. Aby zaś umożliwić mniejsze wydatki naszym przedsiębiorczym urzędnikom i ich rodzinom, zmieniono ustawy, zasłaniając się – jakżeby inaczej – dobrem dzieci i rodziców. Dziś idzie się jeszcze dalej. Z powodu notorycznych problemów z dostępem do miejsc w przedszkolach i żłobkach i związanych z tym artykułach prasowych, wiele urzędów miejskich decyduje się na dofinansowywanie prywatnych placówek. Jeśli to nie jest skok na kasę, to co nim jest?
Dlatego hasło, choć chwytliwe, odrobinę nie pasuje. Tylko odrobinę, rzecz jasna.


Komentarze
Pokaż komentarze