Jak co roku pierwszy kwietnia stał się dniem pełnym żartów i śmiechu. Mieliśmy wysyp (na nieszczęście naszego kraju nieprawdziwych) informacji polityków różnych opcji o zakończeniu politycznej kariery, mieliśmy inne – mniej lub bardziej udane – żarty. Mnie osobiście najbardziej, bo do łez, rozbawił tekst na portalu lewica.pl, rzekomo pióra samego wielkiego Jacka Żakowskiego. Taki mocny, lewicowy żart. Miało być śmieszno, wyszło raczej straszno. Czyli tak jak zwykle na polskiej lewicy.
Na pierwszy rzut oka trudno się do czegoś w tekście przyczepić. Autorka – słabo maskująca swoją płeć w tym niby żarcie - opisuje trudności bycia publicystką, dziennikarką, komentatorką życia publicznego. Wskazuje całkiem prawidłowo istniejące ograniczenia w dzisiejszym medialnym światku. Bezlitośnie obnaża system, w którym dyskryminacja kobiet powoduje, że o wiele trudniej jest im się przebić. Wszystko to piękne, słuszne i głęboko przejmujące. Tak przejmujące, że aż zęby bolą od czytania. Takich tekstów powstały już jeśli nie setki to przynajmniej dziesiątki i żaden nie zmienił ani na jotę oblicza ziemi. Czy to tej naszej, ojczystej czy też obcej. Za to siermiężny styl propagandowej agitki na poziomie powiatowego aktywisty może jedynie potencjalnego czytelnika (lub czytelniczkę) odrzucać.
O ile jednak kwestia stylu to sprawa indywidualna, o tyle stawianie wniosków powinno jednak charakteryzować się czymś, co pozwoli umieścić je w jakimś konkretnym miejscu istniejącej debaty. Niczego takiego w całym tym, dość przecież długim i tematycznie rozciągniętym, tekście nie znalazłem. Choć czytałem trzy razy. Podczas każdej lektury miałem wrażenie uczestniczenia w kolejnej debacie środowisk lewicowych, gdzie wciąż te same osoby wymieniają te same poglądy w gronie tych samych widzów. Wszyscy zgodnie potakują, poutyskują na ten lub inny element rzeczywistości i rozejdą do domów w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Tak samo tutaj – oczywiste oczywistości i propozycje rozwiązań dobre może przed dziesięciu laty.
Stawiane przez autorkę pomysły na zmianę sytuacji sprowadzają lewicę do rzędu, jakże częstych ostatnimi czasy, upośledzonych pokornie błagających system o zmianę. Nie płacą w niszach, tych drukowanych i tych wirtualnych? A powinni, bo przecież państwo, bo wartość, bo opinia publiczna i tak dalej. Ja nie wiem, czy powinni. Być może zdrowiej jest jednak wówczas, kiedy nie płacą właśnie, a kiedy sam ruch jest na tyle silny, by być w stanie udźwignąć podobne przedsięwzięcia na własnych barkach. Co czyni zresztą z dużo lepszym skutkiem ta podobno zacofana prawica. I jakoś nie traci przy tym ideowej cnoty, czego tak się obawiają ludzie siedzący po lewej stronie sceny politycznej. Zresztą, ich dowody jakoś mnie nie przekonują. Zależność od reklamy ma być zła a zależność od państwowej kasy już nie? Czy zatem mamy podążąć drogą tak wydeptaną przez tak zwane z europejska „ngo'sy”, czyli zwyczajnie żebrać o pieniądze gdzie się da? Dla mnie to uwłaczające, ale mogę się oczywiście mylić. Choć losy naszego wspaniałego „trzeciego sektora” mówią, że raczej mam rację.
Podobnie z psioczeniem na „markę” i wszechobecną magię „nazwiska”. Można się zgadzać lub nie, problem zapewne w jakimś tam stopniu istnieje, nie da się ukryć. Nie sposób za to zgodzić się na proponowane rozwiązania. Choćby dlatego, że one już były, istniały od początku narodzin polskiej blogosfery. Do całkiem niedawna pisanie pod nazwiskiem było największym z możliwych wykroczeń przeciw niepisanej netykiecie, faux pas z gatunku tych niewybaczalnych. Postulat pisania i publikacji „no name, no logo” nijak się zatem ma do rzeczywistości, powtarzając coś, co już było. I nikt wówczas na blogach nie zarabiał.
Piszę to wszystko, bo jakoś smutno mi, że chcący uchodzić za poważne miejsce portal dumnie ogłasza tego rodzaju rewelacje niczym objawienie nowej taktyki ruchu albo nową deklarację ideową. Odgrzewany kotlet zawsze pozostanie odgrzewanym właśnie, takim bez smaku właśnie.
A przecież nie o to chodzi. Potrzeba nam, ludziom lewicy, konkretnych rozwiązań, działających w dzisiejszych warunkach. Od dawna powtarzam, że lewicowym mediom przydałby się – dla odmiany – menadżer z prawdziwego zdarzenia. Nie wystarczy już bowiem dzisiaj toczenie poważnych i górnolotnych sporów ideologicznych, by zaistnieć w przestrzeni medialnej. Potrzeba też – jeśli nie przede wszystkim - działających rozwiązań w tak przyziemnej dla rewolucjonistów (i rewolucjonistek rzecz jasna) kwestii jak fundusze. Kto nie wierzy, niech spyta, wspomnianego zresztą w tekście, Sławomira Sierakowskiego. Może on i nie mędrzec, ale sprawny organizator. A takich potrzeba lewicowym mediom, bo inaczej nadal nieliczne lewicowe pisemka i portale będą niknąć w zalewie prawicowych, tak jak dzieje się to nadal.
Tak właśnie myślę, choć mogę racji nie mieć. W końcu jestem tylko mężczyzną. W dodatku bez nazwiska.


Komentarze
Pokaż komentarze