W naszym kraju, który przed dwiema dekadami wybrał najgorszą z możliwych wersji dostępnego wówczas modelu kapitalizmu, nadal istnieją opowieści, przedstawiane niemalże jako mity, uzasadniające ten stan rzeczy. Co więcej, tak wrosły one w świadomość ludzi je rozpowszechniających, że nie tylko negują oni ich istnienia. Oni nie dopuszczają do siebie choćby najlżejszej myśli o tym, że mogą być mylne. Lub po prostu wyssane z palca.
Pierwszym jest bez wątpienia wzruszająca historia o rybaku, któremu to koniecznie trzeba dać wędkę a nie rybę. Rybę zje szybko, wędkę może zużyć na kilka sposobów, np. łapiąc ryby. Zaiste, piękne to i szczytne, tak pomagać maluczkim tego świata. I nawet wydaje się mieć niejaki sens. Kiedy jednak nieco uważniej popatrzymy na to, jak działa dzisiejszy świat, szybko się okaże, że słowa tej historii są zwyczajnie puste w XXI wieku. Jeśli bowiem nawet nasz dzielny rybak (kobiety z tej historii są wykluczone, ale kto by tam się przejmował kobietami) dostanie ową wędkę, to przecież nie za darmo. Na kredyt dostanie, a to już otwiera szereg możliwości przed tymi, co użyczą sprzętu. Co więcej, jest też tak, że w obecnej rzeczywistości łowienie nie jest tak proste, jak to dawniej bywało. Wszystkie akweny są już sprywatyzowane, zatem by móc łowić, znowu trzeba skierować się po kredyt. Jeśli to niemożliwe, naszemu rybakowi pozostaje jedynie – poza oczywistą śmiercią głodową – wynajęcie się do trzymania wędki należącej do tego, kto posiada akwen. Całą przedsiębiorczość trafia szlag.
Inną piękną opowieścią, próbującą uchodzić za mit, który już tak długo funkcjonuje w umysłach naszych nawróconych na liberalną ekonomię, jest historia również związana z motywem wody. Otóż często – i to z ust włodarzy największych miast naszego kraju, na czele z wrocławskim prezydentem Rafałem Dutkiewiczem – możemy usłyszeć, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie”, że poziom bogactwa nielicznych wpływa na poziom zamożności całego społeczeństwa. Nie bardzo wiem jak to, że sąsiad ma np. Royce Rollsa pomaga mi utrzymać rodzinę, ale załóżmy, że to wina mojej ograniczonej umysłowości. Może chodzi o to, że mógłbym zarobić myjąc go?
Nie trzeba jednak być ekonomistą, by zauważyć przypływ w naturze. Prawda to, że łodzie się podczas trwania przypływu podnoszą, z pewnym wszakże wyjątkiem – te stare, zaniedbane, dziurawe nabierają wody i toną. Cóż dopiero powiedzieć o tych, których na łódź po prostu nie stać i dryfują na powierzchni, walcząc o każdy oddech? Duży przypływ po prostu ich zabija. Jeśli to jest pomocą, to ja jednak wolałbym się bez niej obyć.
Niestety, na razie nikt nie ma pomysłu jak pozbyć się tych szkodliwych dla rozwoju społeczeństwa opowieści, które nawet mitami sensu stricto nie są. I nadal jesteśmy skupieni na tym, byśmy to my dostali wędkę (choćby na lichwiarskich warunkach) i potulnie godzimy się na wszystko, byleby tylko wsiąść do szalupy. Kłopot w tym, że kolejki są już dziś zbyt duże, a i szalupy mają określoną pojemność.
Doświadczenie uczy, że gdy przychodzi powódź, nagle wszyscy budują wspólnie i, w większości, takie działanie pomaga im przetrwać. Szkoda jedynie, że na takie wspólne działanie musimy czekać do kolejnej katastrofy. I nigdy nie wyciągamy wniosków po fakcie.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)