Od tygodnia wreszcie głośno o tym, co dzieje się na oddziałach onkologicznych szpitali w całym kraju. Nasz wspaniały minister zdrowia, który wcześniej niemalże nie wychodził z różnych telewizji, ostatnio raczej unika bezczelnych dziennikarzy, co to zadają niewygodne pytania. Niektórzy mówią, że szuka rozwiązań i nie ma czasu na głupoty. Podobno z nawału obowiązków nawet już przestał chodzić na lekcje tańca.
Problem jest poważny. Jest tak poważny, że zazwyczaj zgodny z oficjalną polityką rządu TVN24 robi cykl programów, punktujących indolencję naszych dzielnych pracowników Ministerstwa Zdrowia. Tu link do jednego tylko materiału, pochodzącego z głównego wydania Faktów. Takich materiałów jest więcej. Codziennie bowiem pokazują osoby, które walczą o życie i z braku lekarstw stoją na z góry przegranej pozycji. Nie ma leków w szpitalach, aptekach i hurtowniach. Nie wiadomo kiedy będą. Nie wiadomo też, kiedy będzie coś wiadomo. Choć oczywiście pan minister mówi co innego. I na dowód pokazuje skan dokumentu od producenta.
Chorym, pozostawionym samym sobie i oszukanym bezczelnie przez państwo polskie, pozostaje tylko medycyna naturalna. Wierzący są w nieco lepszej sytuacji – mają jeszcze modlitwę. Niezależnie jednak od przekonań religijnych, każda osoba z nowotworem powinna zastosować się do hasła nowej kampanii, którą MZ będzie niedługo reklamować w mediach. Hasłem przewodnim tejże kampanii będzie: Na raka sok z buraka.
Stanowisko MZ jest w tej kwestii nieugięte – to wina szpitali i ich ordynatorów. Nie powiedzieli nic ministerstwu z odpowiednim wyprzedzeniem, nie zrobili odpowiednich zapasów leków, a i pewnie za dużo leków wydają pacjentom. Może się mylę, ale póki co tak zwana komercjalizacja nie objęła wszystkich szpitali. A to oznacza, że służba zdrowia jest państwowa. Co więcej, prawnie gwarantuje nam ją nasza konstytucja. Jeśli minister sobie nie radzi, łamie konstytucję. Chyba, że w rządzie logika nie działa. O przepisy prawa i ich stosowanie lepiej nie pytać głośno.
Do błędu, co oczywiste, nikt się nie przyznaje. Jest nawet gorzej – nikt nie ma pojęcia, jak wyjść z tej sytuacji. Oto przykład: w jednym z materiałów wiceminister, uspokajając opinię publiczną, nie wie zupełnie o czym mówi. Najpierw bowiem przekonująco ( ten wygląd znaczący - spocone czoło, rozpięta pod szyją koszula – oderwany od ciężkiej pracy człowiek w pełnej krasie) mówi o imporcie docelowym leków za granicą, myląc go w oczywisty, nawet dla takiego laika jak ja, sposób z interwencyjnym zakupem. Kiedy reporter zaczyna dociekać, zmienia temat. W tej kwestii różnica niby niewielka, ale koszty i czas oczekiwania na dostawę zupełnie różne. Mało tego, jedna dotyczy indywidualnego zamawiania, co oznacza wymóg każdorazowej zgody uzyskanej od ministerstwa. Co więcej, niezależnie od wybranej metody rozwiązania problemu, nikt nic nie robi w tej sprawie. Tak jak nie zrobił przez ostatnie miesiące. Katastrofy można było uniknąć, dokumentów wiele krąży od października ubiegłego roku. Nie było jednak czasu. Bo to wybory, to nowy minister, to kompletny burdel z nową listą refundacyjną leków, to wreszcie inne sprawy. O braku kompetencji zarządzających ministerstwem nie wspominając.
Najsmakowitsze w tym wszystkim jest jeszcze jedno tłumaczenie odpowiedzialnych za całą sprawę urzędników. Otóż jest źle, bo w całej Europie jest źle. Jak to się ma do zielonej wyspy, tak niedawno jeszcze mocno lansowanej? I czy mamy też głodzić dzieci, bo w Sudanie też giną z głodu? Jak to się zresztą ma do rzeczywistości, pokazuje zalinkowany powyżej materiał. W normalnym kraju minister po takich zawirowaniach już dawno podałby się do dymisji. Ale czasy ministrów nie tylko mówiących o honorze już dawno w naszej polityce minęły. Dziś liczy się tylko urząd, zwłaszcza w przypadku cynicznego karierowicza, który już raz dostał w nagrodę posadę szefa ministerstwa. Z całym ministerstwem włącznie.
Tak naprawdę cała sprawa rozbija się jednak tylko o pieniądze. We wczorajszym głównym wydaniu „Wiadomości” jeden z ordynatorów powiedział wprost: próbowano zmusić producentów do sprzedaży leków po cenach ustalonych przez MZ. Tylko jeden się naiwny znalazł, reszta zignorowała Polskę, opuszczając rynek. Dziś za te oszczędności płacą pacjenci. Życiem.
Jak już napisałem powyżej, jest szansa na poprawę dramatycznej sytuacji. Zapowiadany nowy cudowny lek ministra Arłukowicza uzdrowi całą sytuację. W końcu taki burak to źródło witamin.
Plantatorzy (w Europie nie ma przecież rolników czy, nie daj Boże, chłopów) już liczą przyszłe zyski.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)