Inwazja chińskich notabli, na czele z premierem, ma pokazać siłę polskiej gospodarki. Jaką to siłę ma państwo, które żebrze wszędzie o pieniądze i inwestycje, nie wiadomo, ale za to jak to brzmi. Co więcej, nikogo już nie interesuje totalitarny reżim panujący w Chinach, jakiś tam Tybet czy wolność słowa. Liczą się tylko spodziewane zastrzyki gotówki w umierającą na własne życzenie Europę. Trudno się dziwić Chińczykom, wykorzystującym koniunkturę, ale wiele mówi to też o naszych elitach. Za pieniądze zrobią wszystko. Nawet, jeśli to pieniądze jedynie obiecane.
Już przed ostatnią wojną Stanisław Ignacy Witkiewicz ostrzegał przed inwazją Chińczyków, jako niosących zagładę cywilizacji europejskiej w ostatniej rewolucji. Co więcej, prawdziwego zagrożenia upatrywał nasz twórca nie w zbrojnej napaści i zniewoleniu narodu pod przymusem. Polacy mają przecież wprawę w otrząsaniu się ze zniewolenia. Według Witkacego prawdziwe zagrożenie było znacznie poważniejsze. W swojej powieści Nienasycenie stworzył zatem, przerażający w swym znaczeniu, mechanizm całkowitej uległości. Dzięki „pigułkom Murti-Binga” człowiek stawał się szczęśliwy i spełniony całkowicie. Zupełnie jak nasz rząd w świetle kamer rozprawiający o dobrobycie i wzroście gospodarczym.
Dzisiaj rolę tych pigułek przejęły rzeczy codziennego użytku. Gdyby nie Chińczycy, przeważająca część naszego społeczeństwa chodziłaby bosa, obdarta i nie posiadała wielu przedmiotów, bez których nie wyobraża już sobie życia. Być może nie miałbym na czym napisać tych słów. Podobnie jak bardzo wielu z Was nie mogłaby ich przeczytać. Poziom płac w naszym kraju nie pozostawia żadnych złudzeń.
Ta wolność konsumpcji ma jednak swoją cenę, której jednak niewielu zdaje się dostrzegać. Dobrobyt bowiem mierzy się w naszym kraju nie wolnością gospodarczą, nie ilością fabryk czy dróg, nie demokracją nawet. Polacy za największy sukces tak zwanej transformacji ustrojowej uznają pełne półki w sklepach. Reszta się nie liczy, byleby można kupić grill, kiełbasę i piwo do niego. To samo zrobili Chińczycy w swoim kraju – dali ludziom trochę swobody w bogaceniu się i pozbyli się kłopotów z ludźmi próbującymi walczyć z komunistycznym reżimem.
Co więcej, chiński model gospodarczy dobrze przyjął się w kraju nad Wisłą. To z kraju Środka właśnie pochodzi idea Specjalnych Stref Ekonomicznych, gdzie rezydują bogate korporacje, które nie tylko zwalniane są z podatku, ale jeszcze subwencjonowane przez państwo. Warunki pracy w tych zakładach też często przypominają o tym, że europejskie zdobycze prawa pracy należy odłożyć na bok i przyjąć w całości model azjatycki, gdzie ludzie pracują tak długo, aż umrą w miejscu pracy. Ale kto by się tam przejmował jednostką w obliczu wzrostu gospodarczego. Za swój przyjęliśmy też model konkurowania ceną pracy. Nie jakość, nie technologia, żadne tam inne pomysły. Polska praca ma być tania, bo inaczej nikt jej nie kupi – słyszymy to od dobrych dwudziestu lat. Klasycy ekonomii, tak chętnie cytowani wówczas, gdy zgadzają się z neoliberalnym bełkotem dzisiejszych speców od gospodarki, wychowanych jeszcze w partyjnych szkołach poprzedniego systemu, pomijani są zupełnie w kwestii zupełnie podstawowej. Jeśli pracownicy nie zarobią godziwie, to jak będzie ich stać na zakup produkowanych rzeczy? Na to pytanie nikt nie odpowiada.
Chiny w pewien sposób ukonstytułowały się w zachodnim świecie po olimpiadzie. Czy z nami po euro będzie podobnie? Chyba jednak tak, mimo wszystkich naszych niedociągnięć. Bo przecież elity nie zobaczą nic z tego, co dzieje się w Polsce naprawdę. Nawet, jeśliby przypadkiem kogoś to zainteresowało. A Polacy? Cóż, jak to w piłce – bramki są dwie.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)