Na skierowanych głównie do młodych i przez nich samych robionych demotywatorach widać zdjęcie maturzysty z podpisem:
- Co pan zamierza robić po maturze?
- Idę na piwo.
To tylko zabawny żart słowny, ale skłonił mnie do przemyślenia tego, co tak faktycznie może się spodziewać tegoroczni abiturienci. Niestety, raczej niewiele. Wiedza, której się od nich wymaga, nie istnieje w rzeczywistości. To znaczy istnieje, ale tego już szkoła nie uczy. Zawartość merytoryczna programu nie jest zła, po prostu nikt nie wpadł na pomysł jak połączyć ją z realnym światem. Za to zmniejszamy godziny nauki i zwiększamy liczebność klas. W kupie siła, jak sądzą urzędnicy.
To nie wina maturzystów, zmuszonych często do przedłużonej nauki i zdawania materiału, który ich w większości nie interesuje. Zgodnie bowiem z logiką, jaką zgodnie od dwóch dekad przedstawiają politycy i dziennikarze, żyjemy w społeczeństwie opartym na wiedzy. Być może część społeczeństwa faktycznie tak żyje, ale zdecydowana większość coraz częściej ma poczucie, że została oszukana. Nawet z dyplomem wyższej uczelni wykonuje pracę, którą mogłaby z powodzeniem robić po szkole zawodowej. Niestety, z połączoną ofensywą polityków, którym zależy na zbiciu poziomu bezrobocia i pracodawców, szukających taniej siły roboczej, młodzi nie mają szans. Najmniejszych.
Tak, wzrost tego, co ludzie chcący uchodzić za mądrych nazywają „współczynnikiem skolaryzacji” nie ma nic wspólnego ze wzrostem gospodarczym czy rozwojem cywilizacyjnym. Więcej, nie ma nic wspólnego z tym, co nas otacza. To, że połowa młodzieży studiuje, to tylko efekt propagandy medialnej, tych wszystkich publikacji rankingów uczelni i „eksperckiego” wróżenia z fusów o przyszłości rynku pracy. No i zręcznych zabiegów urzędników od oświaty. Na każdym szczeblu decydenckim – od samorządów po ministerialne stołki – znajdujemy osoby prowadzące szkoły prywatne wszystkich szczebli. Jak w takim razie mają one zabijać własny interes? Przy okazji spełniają pożyteczną rolę w oczach swoich partyjnych kolegów i koleżanek. Więcej młodzieży w szkołach przez więcej lat oznacza przecież, że nie ustawią się oni w kolejki w urzędach pracy. Wszyscy są zadowoleni. Statystyki są dobre, można się pochwalić w kampanii wyborczej.
Nie narzekają też pracodawcy. Studencka brać to łakomy kąsek. Żadnych państwowych danin, często elastyczność niespotykana w żadnej innej grupie wiekowej i niskie płace są wielką zachętą. Jeśli dorzucimy do tego staże i praktyki, odbywane za totalną darmochę, mamy kolejną grupę zorientowaną na jak najszersze studiowanie młodych ludzi w Polsce. Co niektórzy z nich, ci w dobrych stosunkach z lokalnymi władzami, uzyskają jeszcze szereg korzyści finansowych płynących z rządowych dopłat za podjęcie trudu nauczenia młodych ludzi zawodu. Można będzie im się odwdzięczyć przy kampanii wyborczej lub miejscem w zarządzie. A uczniów nie zabraknie.
Młodzi w tej sytuacji nie mają najmniejszych nawet szans. Powoli dopiero dociera to do nich i ich młodsze rodzeństwo wybiera szkoły dające zawód przed osiągnięciem dwudziestki. Ci starsi, dziś już zdający maturę już wyboru nie mają. Niektórzy się jednak buntują. I myślą o życiu poza Polską.
Tak, zgodnie z sondażami wśród maturzystów, 20 procent z nich myśli o wyjeździe. Z ponad 380 tysięcy tegorocznych daje to nieco więcej niż 70 tysięcy młodych ludzi. Ludzi, których wykształciło, lepiej lub gorzej ale jednak, państwo, łożąc przez kilkanaście lat na ich naukę. Z powodu wielu błędów obarczających nie tylko ten rząd, nie skorzystamy z ich pracy. W zamian podniesiemy wiek emerytalny, bo przecież „bilans musi wyjść na zero”, prawda? Ktoś musi zastąpić tę młodzież w pracy.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)