Nawet najbardziej zagorzały wróg naszej struktury państwowej nie może zaprzeczyć, że kolej jako zjawisko u nas istnieje.
Ten cytat, pochodzący z wczesnej sztuki Sławomira Mrożka zatytułowanej Policja przychodzi mi na myśl zawsze, kiedy słucham lub czytam naszych rządowych polityków mówiących o stanie naszych przygotowań do Euro2012. Te słowa są przecież równie odkrywcze, jak stwierdzenie ministra Nowaka o tym, że „przecież drogi nie grają”. No fakt, coś tu nie gra.
Cały ten zgiełk propagandowy w związku z imprezą sportową (jeśli przyjąć, że nowoczesny sport jest sportem w ogóle) jest właśnie takim mrożkowskim dramatem ocierającym się o farsę. A nawet tragifarsę. Tyle tylko, że jest dużo groźniejszy, bo nie rozgrywa się na deskach teatru czy w głowie czytelnika, ale na żywo. Istnieją u nas zatem takie zjawiska jak kolej, autostrady i lotniska, ale istnieją jedynie jako zbiór idei. Coś tam się zbudowało, czegoś tam się nie zbudowało, ale wskazuje się tylko plusy. Wskazywanie minusów zaś stało się równoznaczne ze zdradą narodu i państwa, o rządzie nie wspominając. Jeśli to nie tragifarsa, to co nią jest?
Najbardziej jednak boli mnie osobiście słuchanie o tym, jak to wszystko buduje się tylko dzięki mistrzostwom. Zgodnie z podstawowymi zasadami logiki wynika z tych słów coś bardzo smutnego: gdyby nie mistrzostwa, dalej jeździlibyśmy polnymi drogami i przez centra miast. Nadal wybierając kolej, jechalibyśmy godzinami w zatłoczonych do granic możliwości brudnych wagonach i wysiadali na brudnych i obskurnych dworcach. Nadal lotniska byłyby trawiaste, a nasi kopacze świńskiego pęcherza musieliby biegać po klepiskach. Gdyby nie przymus, nadzór i bat naszych, postawionych wyżej na drabinie cywilizacyjnej braci-Europejczyków, mieszkalibyśmy nadal w kurnych chatach. Co gorsze, żylibyśmy w nieświadomości zupełnej, nic nie wiedząc o tym, gdzie można zjeść rodzinny posiłek do którego dają zabawkę dziecku, wypić prawdopodobnie najlepsze piwo świata i zapłacić za te bezcenne emocje magiczną plastikową kartą. Zamiast tego nadal jedynymi formami rozrywki byłyby pielgrzymki, procesje i palenie opon pod Sejmem. Na szczęście dostaliśmy w prezencie dar od losu, którego nasz ukochany przywódca nie pozwolił zmarnować. I tak w nowe tysiąclecie wejdziemy co prawda troszkę po czasie, ale za to z wielką pompą. Nic to, że na kredyt. Liczy się efekt i uśmiech zadowolenia na twarzach zaproszonych gości.
Co zaś najsmutniejsze – te działania propagandowe (dla niepoznaki nazywane dziś anglosaskim skrótem PR) odnoszą sukcesy. Na forach, blogach i w gazetach dużo pojawia się głosów mówiących to samo, co oficjele i zatrudnieni przez nich złotouści i złotouste. Każda krytyka spotyka się z zarzutami o malkontenctwo, wieczne narzekanie lub jakieś ukryte cele, najczęściej polityczne. Nikt z tego grona nie jest w stanie zrozumieć, że można zadawać choćby tak banalne pytania jak: ładny ten stadion, ale dlaczego taki drogi? Albo: piękna ta nowa autostrada, ale czemu taka krótka i prywatna na dodatek? Wszystkim im polecam, by przemyśleli hipotetyczną sytuację remontu własnej łazienki. Otóż przy okazji tego remontu początkowy kosztorys wzrósł niemal w dwójnasób, termin zakończenia prac przesuwał się pięciokrotnie, a mały druk na końcu umowy mówi o premii za ukończenie prac. Czy ktoś zapłaciłby taką fakturę? Chyba jednak nie… A jako podatnicy płacimy bez mrugnięcia okiem. Ciesząc się przy tym jak dzieci, że stajemy się europejscy.
Zasadniczo zatem, jako zjawisko, europejskość w Polsce istnieje.



Komentarze
Pokaż komentarze