Kiedy w zalewie informacji związanych z mistrzostwami Europy przebiła się informacja o projekcie ustawy likwidującej IPN, którą ma zamiar złożyć SLD, przyszedł mi do głowy mały żart. Sądząc bowiem po projekcie, Leszek Miller ma zamiar chronić TW. Tyle, że skrót ten dla Leszka Millera oznacza Towarzysze Walki.
To jednak mało interesujące, takie ataki na IPN. Myślę, że nie tylko zatrudnieni tam ludzie już dawno przyzwyczaili się do tej sytuacji i nie odczuwają z tego powodu niepokoju. Będzie projekt, nie przejdzie przez sejm i cała afera się skończy niczym, jak to już drzewiej bywało. No big deal, jak mówią sojusznicy za wielką wodą.
Mało interesujące są również głosy tak zwanej lewicy parlamentarnej. Część oczywiście może i ma coś do ukrycia, ale któż – wśród ludzi na tak zwanym świeczniku – nie ma? Zwłaszcza w III RP. Dużo ciekawsze są żale na to, że IPN przedstawia jedną wersję wydarzeń, tę prawicową. Gdyby mieli choć trochę pojęcia o warsztacie historyka, wiedzieliby, że historia jest narracją, że często bliżej jej do literatury. Nie w tym jednak rzecz, by zagłębiać się metodologię. Prawdziwy problem tkwi w innym miejscu. Chodzi mianowicie o to, że – o ile się dobrze orientuję – nie istnieje oficjalna cenzura i nikt nie zabrania pisać krytycznych naukowych prac historycznych z punktu widzenia lewicowego czy, jak kto woli, marksistowskiego. To nie wina prawicy, że SLD na przestrzeni lat wolało wydawać miliony na kampanie wyborcze, a nie stworzyło wokół siebie grupy naukowców, którzy ewentualnie mogliby „odkłamywać” wersję historii PRL powstające w IPN. To nie wina prawicy, że lewica na wielu wydziałach uniwersyteckich – w tym historii właśnie – w całej Polsce właściwie nie istnieje. I to nie wina prawicy, że nikt z lewicowców nie zamierza nic z tym zrobić. A przecież, zatroskani towarzysze, można posłuchać nieco stawersowanej wersji Jacka Kuronia: Nie palcie Instytutu, zakładajcie własne!
W przeciwieństwie do wielu krytyków pracy Instytutu staram się na biężąco śledzić to, co powstaje, czytam Biuletyn i stronę internetową. Nie jestem zwolennikiem wielu spojrzeń, nie podoba mi się sporo. Ale doceniam i to, bo – moim zdaniem – lepiej mieć coś niż nic. Daleko mi do poglądów na przykład Piotra Gontarczyka, ale nie przeszkadza mi to w czytaniu jego prac. Od poglądów profesora Żaryna dzielą mnie całe galaktyki, ale nie oznacza to, że chciałbym go uciszać, zamykając całą instytucję. Poza tym dopiero poznając poglądy przeciwnika można w ogóle myśleć o dyskusji, czyż nie?
Nie wszystkie tematy, poruszane w pracach IPN, uważam za trafione, ale przecież nie tylko dla mnie piszą. Jedni lubią szpinak, inni nie za bardzo. Nie jestem też ani trochę zadowolony z tempa, w jakim posuwa się wiele procesów czy śledztw dotyczących zbrodni nie tylko komunistycznych oprawców, ale – znów! - mam wrażenie, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.
Oczywiście, z całą pewnością tu i ówdzie znajdziemy przypadki mniej lub bardziej wyraźnych śladów istnienia nepotyzmu czy klientelizmu. IPN jednak, mam wrażenie, nie odstaje jednak za bardzo od tego, co mamy w innych urzędach publicznych. Ani na plus ani na minus. Różnego rodzaju koneksje są głównym elementem przy szukaniu i znajdowaniu pracy w naszym nadwiślańskim kraju i zapewne długo jeszcze pozostaną. I zamknięcie akurat tej instytucji niewiele w tej materii może zmienić.
Oczywiście, o IPN dyskutować trzeba, bo to w końcu nasza historia. A o tym nigdy nie za wiele. Abyśmy jednak mieli o czym dyskutować, zostawmy go w spokoju. Może i młyny IPN mielą powoli, ale jednak z tej mąki czasem wyrasta dobry chleb.



Komentarze
Pokaż komentarze (21)