Podróże kształcą – to truizm z gatunku tak wytartych, że właściwie całkowicie dziś wyleniałych. Co i rusz jednak przekonuję się na własne oczy o prawdziwości tych dwóch skromnych wyrazów. Nawet tak zwyczajna i nudna w gruncie rzeczy podróż, jaką jest dojazd tramwajem do pracy, potrafi nauczyć mnie wiele. Naprawdę.
Dziś w swoim tramwaju zdumiałem się, choć może nie powinienem był. Przeczytałem bowiem na pięknym elektronicznym wyświetlaczu hasło: „VI LO – nauczymy cię więcej niż myślisz!”. Cóż, mimo iż lata licealne są w moim przypadku już odległe o wiek, zaiste nauczono mnie czegoś nowego. I to zupełnie gratis, co w dzisiejszych czasach należy do rzadkości, bo przecież „nie ma czegoś takiego jak darmowe obiady”. Albo darmowa nauka, ograniczając się do edukacji,
Po raz pierwszy chyba zetknąłem się z tak nachalną reklamą placówki oświatowej średniego szczebla. Do reklamówek uniwersytetów i wyższych szkół wszelkiej maści jesteśmy przyzwyczajeni od lat. Do reklam prywatnych przedszkoli już właściwie też. Rzadko jednak brały w tym bezsensownym (i kosztownym zapewne) oblepianiu miasta szkoły różnych szczebli. Zwłaszcza te publiczne. Jako że mamy jednak czasy, w których niewidzialna ręka ścisnęła za gardło ogromną liczbę ludzi, proces obrony się rozpoczął. Szkoda jedynie, że gra toczy się według reguł, które nie pozwalają na zwycięstwo.
Reklamy przekonują nas o tym, co jest wiedzą powszechną. Edukacja jest najważniejsza, bo dzięki niej można zapewnić sobie lepszą przyszłość – dobrą pracę, która przyniesie pieniądze, a może przy okazji i status społeczny (jeśli zaś nie, kupimy tenże status za pieniądze, więc i tak wygramy. Trzeba tylko dobrze wybrać szkołę, a najlepiej już przedszkole, ciężko pracować, pokonując innych frajerów po drodze i osiągniemy ziemski raj.
Piękna to wizja, niczym z mitycznej Arkadii. W swym mitycznym aspekcie zwłaszcza, bo nie ma za wiele wspólnego z prawdą. W nowoczesnym świecie jedna rzecz jest pewna – całkowity brak pewności. Całe rzesze ekspertów, tak ekonomicznych jak i marketingowych, przekonują nas, że jest inaczej. Że nadal można zaplanować przyszłość. Oczywiście, trudno ich jedynie winić – taką mają robotę. Sęk w tym, że ktoś im wierzy, nad czym cierpliwie pracują tak zwani dziennikarze. Największe dzienniki, największe tygodniki opinii od lat prześcigają się w tworzeniu rankingów, ocenie wyników matur i tematyce wyborów kierunku studiów. Stąd też głupawe artykuły o tym, że rynek decyduje o wszystkim, a jedyne co trzeba zrobić, by odnieść sukces, to dobrze odgadnąć trendy, jakie będą na nim za lat pięć. Przypominam, że w 2007 roku naprawdę niewiele osób może słyszało w Polsce o Facebooku. A co dopiero mówić o czymś takim, jak wybór zawodu? Weżmy mniej wirtualny przykład, z gatunku prawd objawionych przez rynek i powtarzanych zgodnym chórem w mediach. Otóż w Polsce dużo się buduje, co akurat jest prawdą, więc potrzebujemy inżynierów. No i nasza obecna sytuacja, w której nawet Chińczycy nie chcieli pracować za darmo. Kariera inżyniera przestaje być tym lukratywnym i pewnym zajęciem, zwłaszcza, że tak wiele firm jest na skraju bankructwa, a nasycenie rynku absolwentów już dawno przerosło wszelkie zapotrzebowanie. Ale już dziś mogę się założyć, że wiele będzie się pisało o tym, że nie potrzeba nam głupich i bezużytecznych humanistów, a inżynierów. Co zresztą w pewnej mierze jest prawdą – do obsługi iPada umiejętność pisania nie jest przecież konieczna.
Daliśmy i nadal dajemy sobie wmówić, że edukacja jest inwestycją, która jest zawsze opłacalna, zawsze przyniesie zysk. Gdyby jakiś finansowy doradca mówił takie rzeczy, nikt by mu pewnie nie uwierzył. Ale jakoś w opłacalność edukacji wierzymy bez zastrzeżeń. I stąd mamy tabuny, hordy i stada nikomu nie potrzebnych ludzi z dyplomem, nie tylko tych nieszczęsnych pedagogik i socjologii, tak wyśmiewanych przez ekspertów od rynku. Cóż, być może ich śmiech wynika z faktu, że mają świadomość istnienia całej manipulacji. Sami robią to samo na rynkach finansowych, dmuchając wirtualne bańki spekulacji tu i tam, bez żadnej odpowiedzialności za swoje działania.
Musimy chyba jednak powrócić do rozumienia edukacji jedynie jako procesu poszerzania możliwości, dawania alternatyw wyboru. To nie jest korporacyjny schemacik ścieżki kariery, którym pracownicy mają się karmić każdego poranka i popołudnia, by uwierzyli, że są mniej wykorzystywani niż w rzeczywistości i tak naprawdę pracują jedynie dla swoich własnych przyszłych korzyści. Prawda jest dużo bardziej banalna. Dyplom otwiera możliwości, ale nie oznacza automatycznie dyrektorskiego stanowiska i podmiejskiej willi. To, co ktoś robi w życiu ciekawego (i równie często naprawdę dochodowego) często w ogóle nie ma powiązania z formalnym wykształceniem. Żeby jednak to pojąć, trzeba potrafić wyjść poza marketingowe sztuczki i zrozumieć nieco więcej. Może więc, drodzy rodzice, warto wrócić do szkoły? Choćby i do VI LO.


Komentarze
Pokaż komentarze