I stało to, czego oczekiwano od dawna – we Wrocławiu powstał kolejny Uniwersytet, tym razem z przyrostkiem Medyczny. Po Wrocławskim, Ekonomicznym i Przyrodniczym to już czwarta placówka z tak dumną nazwą.
Jak podkreślają osoby związane z uczelnią, zapewni im to prestiż i zwiększenie szans na badania, tym samym rozwój i tak dalej i tak dalej. Może jestem staroświecki, może nie rozumiem wszystkiego z dzisiejszego pędzącego gdzieś świata, ale zawsze mi się wydawało, że prestiż buduje się latami, że odbiór marki polega przede wszystkim na jakości produktu i zadowoleniu klientów. Okazuje się jednak, że dziś wystarczy zmienić szyld, zrobić dobrą kampanię reklamową i wystąpić w mediach. I już w niepamięć odejdzie choćby cały fetor sprawy byłego rektora AM, ciągnącej się miesiącami. A pieniądze i studenci znów przypłyną wartkim strumieniem.
To w ogóle ciekawe, jak bardzo nowoczesne myślenie zmieniło sposób funkcjonowania uczelni wyższych. W tym przypadku okazało się, że, skoro wiedza, jak wszystko inne, jest towarem, trzeba czym prędzej uruchomić sklep i zapomnieć o wszystkim innym poza słupkami strat i zysków. Księgowi nie tylko mają rację, oni mają monopol na prawdę. Poszukiwania krynicy mądrości są tylko wtedy potrzebne, gdy mają kupca. W przeciwnym razie nikogo nie obchodzą.
Tak jak do tanga trzeba dwojga, tak do upadku szkolnictwa wyższego udział studenckiej braci również był nieodzowny. Przyzwyczajeni do innego traktowania na różnego rodzaju prywatnych uczelniach wymusili ustępstwa na tych państwowych. To oni pomogli pokroić i opakować w ładny papier porcje wiedzy i to oni stanęli do licytacji określającej ceny poszczególnych produktów. Operacja się udała, pacjent przeżył, a obie strony zawarły dżentelmeńską umowę, na mocy której nie ma już „uniwersytetu” a powstaje „szkoła” (proszę posłuchać dzisiejszych studentów – ilu jeszcze używa pojęcia „uczelnia”?). Szkoła, którą – podobnie jak poprzednich 12 lat – trzeba przetrwać, najlepiej dość łagodnie. Tym bardziej, że często nie ma czasu na studiowanie, bo trzeba zarobić na utrzymanie. Znajdują zrozumienie, bo pochłonięci bieganiem między uczelniami wykładowcy, dodatkowo przywaleni biurokratycznymi wymogami ubiegania się o różnego rodzaju granty, również odpuszczają. Zresztą, gdyby tego nie robili, ile osób studiowałoby na ich wydziałach? Ich etat mógłby być zagrożony. Skoro to i tak tylko biznes, nie wolno zapominać również i o złotej zasadzie sprzedawcy: Klient ma zawsze rację.
I tak toczy się światek naszej nauki. Powstają nowe uniwersytety, a ludzie wciąż ci sami. O idei universitas nikt już nawet nie pamięta. To zresztą akurat specjalnie nie dziwi. Skoro nadal takim powodzeniem cieszy się u nas powiedzenie Margret Thacher „Społeczeństwo nie istnieje” komu mogłoby zależeć na czymś tak przestarzałym jak wspólnota? Przecież to się nie opłaca, prawda?




Komentarze
Pokaż komentarze (2)