Protesty związane z nowym planem nauczania historii w liceach przyniosły skutek i będą zmiany. Uważam, że bardzo dobrze się stało i przykro trochę tylko, że wymagało to posunięcia się aż do formy protestu głodowego. Skoro jednak nasz rząd nie chce rozmawiać w innych warunkach, należy docenić zaangażowanie prowadzących akcję. Odnieśli niewątpliwy sukces. Szkoda, że tak naprawdę właściwie niewielki i trochę wybiórczy.
Cała sprawa sporu o kształt edukacji ma zresztą charakter polityczny. Ścierają się różne poglądy, ale – podobnie jak to bywa z innymi dziedzinami, w których decydują politycy – zajmują się przeważnie pojedynczą kwestią lub, zupełnie odwrotnie, mętną wizją całości. I nikt nie ma spójnego programu, który uwzględniłby pełny obraz.
Problem z edukacją i ustaleniem jej określonego z góry wzorca będzie czymś, co chyba stanie się problemem nierozwiązywalnym. Nie wynika to jedynie ze słabości przygotowania merytorycznego, ale ma podłoże zwyczajnie ludzkie. Nie bardzo bowiem wiadomo, co przyniosą kolejne lata. Podobnie jak trudno przewidzieć obraz rynku pracy za lat 5 czy 10, tak samo trudno znaleźć jedną, jedynie słuszną receptę na kształt polskiej oświaty wszystkich szczebli. Warto jednak zwracać uwagę także na kwestie, które – z różnych przyczyn - podnoszone są bardzo rzadko. Jeśli w ogóle.
Zgadzam się, że nauka historii jest ważna. Nawet bardzo ważna. Ale, prawdę mówiąc, można tak przecież powiedzieć o prawie wszystkich szkolnych przedmiotach. Czyż nie należy rozumieć czytanego tekstu, mieć pojęcie o podstawowych choćby prawach fizycznych i znać przynajmniej stolice państw europejskich? Jak mamy budować społeczeństwo obywatelskie czy gospodarkę opartą na wiedzy bez takich podstaw? Co będzie, gdy – z jakichś przyczyn – zabraknie choć na chwilę dostępu do sieci? A to przecież nie jest jakiś nierealny scenariusz. Jak groźne są ataki sieciowe pokazały naszemu rządowi proste „ataki” DDOS zwykłych użytkowników.
Coraz częściej słychać głosy, że materiału w szkołach jest zbyt wiele, na dodatek zbyt encyklopedycznego i właściwie zupełnie zapominanego przez wszystkich absolwentów w parę zaledwie lat po ukończeniu szkół. To wszystko prawda, ale – jak to z obiegowymi prawdami bywa – mocno niepełna. Bo proces edukacji nie opiera się tylko na tym, czego się zdołaliśmy nauczyć, ale także i to, jak potrafimy się uczyć. W XXI wieku, gdy mówi się o zaniku stałości i konieczności posiadania dwóch lub trzech zawodów, gdy pojęcie edukacji przez całe życie znajduje się powszechnym obiegu, mogłoby się wydawać, że szersze horyzonty są atutem, ułatwiającym adaptację. Zamiast tego mamy domorosłych ekonomistów, którzy w imię własnej wiary w nieomylność wolnego rynku wmawiają wszystkim, że dzisiejsza szkoła powinna być nastawiona jak najbardziej pragmatycznie i stwarzać warunki poznania konkretnych umiejętności. Umiejętności, które według nich mogłyby się okazać przydatne, dodajmy. Zamiast ciekawych świata i otwartych młodych ludzi mamy wyszkolić posłuszną armię specjalistów i specjalistek. Myślących torem, w które wprowadzi ich tresura za pomocą testów wyboru. Skoro wybór jest tylko jeden, racja też będzie jednostronna.
Z powyższych planów zamienienia polskich dzieci w fachowców i profesjonalistki wynika też coś, co zdają się pomijać wszyscy ci, którzy w upadku ogólnokształcącego wykształcenia widzą jedynie efekt końcowy objawiający się w postaci łatwiejszego rządzenia bezmyślną i powolną masą. To też prawda dość płytka, mówiąc obrazowo. Nieco głębiej pod powierzchnią tkwi bowiem inny czynnik – ekonomiczny. Jest ukryty głębiej, więc, podobnie jak jezioro czy morze, jest bardziej niebezpieczny. Jego zadaniem jest bowiem utrzymywanie większości społeczeństwa w biedzie, w dostępie do słabo płatnych stanowisk i wykluczeniu z obszaru kultury na każdym poziomie. Ile rodzin z dochodami na poziomie najniższej stawki przewidzianej przez państwo chodzi wspólnie do kina czy na wysyła dzieci do szkół językowych? Tyle samo zapewne, ile kupuje regularnie książki w naszym kraju. I nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że ma to też związek z ich wykształceniem.
Słabiej wykształceni nie tylko będą gorzej zarabiać, co jest prawdą dość oczywistą. Będą także – co może wydawać się paradoksalne, ale takie nie jest w świetle wolnorynkowej demagogii – płacić więcej za swoją edukację. Już dziś często tak się dzieje. Biedniejsi i słabiej wykształceni wcześniej idą do pracy i każde podniesienie kwalifikacji słono ich kosztuje. Jeśli zaś pochodzą z mniejszej miejscowości, to mają podwójnie ciężko, bo muszą się jeszcze utrzymać w większym mieście. Co więcej, udział w tym wyścigu nie gwarantuje już niczego poza stałym ponoszeniem kosztów, na które trzeba ciężko zapracować. Oczywiście, cierpi na tym jakość ich studiów, bo zwyczajnie brak im sił i czasu na lektury i pisanie prac wymagających czegoś więcej niż dostęp do sieci. Stąd początki frustracji młodych, którzy zaczynają rozumieć, że zostali oszukani. Przez tych samych ekspertów, którzy od lat mówią jedynie te same bajeczki, bez względu na to, jak naprawdę wygląda sytuacja. Nadal przecież potrzebujemy inżynierów, prawda? Choć co roku kształcimy jakieś kilka tysięcy, którzy rezygnują z pracy za 1500 złotych w kraju i wybierają pracę nawet poniżej kwalifikacji, ale za to dającą chleb i dach nad głową. To jednak ekspertom nie przeszkadza, bo wiedzą doskonale, że tylko warunki ostrej konkurencji są dla nich najlepsze. Gdyby fachowców było naprawdę mało, co zdarza się przecież w niektórych zawodach, musiano by podnieść zarobki wszystkich. A to jest przecież nieopłacalne z ich punktu widzenia. I z punktu widzenia tych, których interesy reprezentują.
Pojawia się jednak, nieśmiało i powoli co prawda, mały promyczek nadziei na zmianę. Dzięki takim tekstom, jak tenpochodzący z „Polityki” może wreszcie zaczniemy prawdziwą debatę na temat tego komu i dlaczego służy wysoki współczynnik skolaryzacji. Zawsze to przecież lepiej późno niż wcale.




Komentarze
Pokaż komentarze